Dzień z pracy lekarza POZ
CZWARTEK
Polska jest jednym z niewielu krajów na świecie, jeśli nie jedynym, w którym NFZ płaci za leczenie sanatoryjne. Mam pacjentów, którzy jeżdżą nawet co roku. Raz na pobyt w sanatorium z zabiegami, a w następnym roku na rehabilitację w sanatorium z pobytem w wynajętym pokoju czy mieszkaniu.
Niestety, elektroniczne skierowania na leczenie sanatoryjne nie są proste i na ich wypisanie trzeba poświęcić sporo czasu, którego nie mają ani koledzy ze szpitali, ani z AOS. Pacjenci przychodzą więc do lekarzy POZ, prosząc o wypisanie skierowania. Czasami informują, że kardiolog, ortopeda, reumatolog nie mają czasu i każą pójść do rodzinnego.
Jeśli mam siłę, to dzwonię wtedy do kolegów i pytam, dlaczego ja mam wystawiać, i co słyszę: „Czy to jakiś problem? Bo ja nie mam kiedy”…
A ja mam kiedy? Mnie także zajmuje to czas. Koleżanka z przychodni w niektóre dni zostaje dwie lub trzy godziny po pracy, bo inaczej nie ma jak wypisać, a nie umie odmówić i odesłać do koleżanek i kolegów.
Oczywiście, jest mnóstwo pacjentów, którym od lat wypisujemy i nigdzie nie odsyłamy.
Leczenie sanatoryjne to – w mojej ocenie – taki dział, w którym nic się nie zmieniło od dziesięcioleci. Te same zasady (może z wyjątkiem ograniczeń, musi minąć rok, żebyśmy mogli wypisać następne skierowanie – kiedyś stali bywalcy chcieli natychmiast), te same kierunki i zakresy – liczba zabiegów, zakwaterowania itd. Najbardziej pokrzywdzoną grupą są chorzy onkologiczni, sztywna zasada pięciu lat po zakończeniu leczenia jest w większości wypadków niczym nieuzasadniona. Są oczywiście rodzaje zabiegów, które przy części nowotworów nie mogą być zastosowane, ale o tym decyduje lekarz w sanatorium i może ich nie zlecić. Dotyczy to coraz większej grupy osób, ale nie widzę żadnych ruchów, żeby to zmienić. Są takie miejsca, gdzie czas się zatrzymał.
Ostatnio w LIL odbyło się spotkanie na temat leczenia sanatoryjnego i rehabilitacji, frekwencja była taka sobie, może inni nie mają pytań i wątpliwości?
Powiało optymizmem z lubelskich szpitali. Rzecznik Praw Pacjenta wszczął postępowania w sprawie zlecania różnych badań rękami lekarzy rodzinnych i wpisywania tych zaleceń w kartach informacyjnych. Rozmawiałam na ten temat z koleżankami i kolegami ze szpitali. Twierdzą, że chcą nam pomóc, informując, co u chorego trzeba kontrolować i w jakim czasie. Sami by chcieli, ale nie mają jak, bo nawet jeśli skierują, to kto i w jakim trybie ma te badania ocenić? Ostatnie rozmowy z dyrekcją jednego z dużych szpitali dają nadzieję. Okazuje się, że można utworzyć gabinety, w których lekarze będą oceniać pacjentów w określonym czasie po hospitalizacji, a NFZ za to zapłaci, i to więcej niż za zwykłą poradę w AOS. Mam nadzieję, że to się powoli zrealizuje i jedna zmora w POZ zniknie. Z nadzieją, jak wiemy, bywa różnie, ale zawsze warto ją mieć.
Dzisiaj całkiem spokojny dzień. Tylko jedna awantura o skierowanie na transport do ZOL-u w Krynicy z Lublina. Nic nie pomogło, żadne argumenty, potrzebny był telefon do Rzecznika Spraw Pacjenta w NFZ, żeby córka zrozumiała. Tylko to godzina z mojego czasu dla pacjentów.
Jeszcze tylko wypiszę recepty dla około 60 osób i będę mogła pójść do domu. O ile nie trzeba będzie dzwonić i pytać, dlaczego ktoś chce następne opakowanie leku, którego nie wykupił z poprzedniej aktywnej wciąż recepty, albo tłumaczyć, że Controloc osłonowo na zniżkę mu nie przysługuje, a wręcz jest dla niego szkodliwy. Takie rozmowy czasami są krótkie, a czasami zajmują kilka lub kilkanaście minut. Ale w końcu jutro też jest dzień, nie muszę wszystkiego zrobić dzisiaj.
Wioletta Szafrańska-Kocuń
Wiceprezes ORL w Lublinie

