Środa
Środa to do niedawna był dzień, kiedy mogłam trochę nadrobić zaległą „papierologię”, napisać wnioski do sanatorium czy o rentę itp. Pacjentów było odrobinę mniej. Teraz można o tym zapomnieć. Córka ostatnio mi mówiła, że ciągle narzekam: ten zły a tamten jeszcze gorszy, dlatego postanowiłam myśleć tylko pozytywnie, chociaż nie zawsze mi się to udaje. Przychodnia ostatnio przypomina mi czarną dziurę, jak tam wpadnę to nie wiem jak wyjść. Pomyślałam więc pozytywnie, że kojarzy mi się to też z rwącą rzeką w aquaparku, gdzie wejść łatwo, ale wyjść już nie. Optymizmu w tym mało, ale takie mamy czasy.
Dzisiaj po ponad 20 teleporadach umówiłam kilka osób na wizyty osobiste. Pierwsza pacjentka z bólami brzucha od kilku dni weszła i od razu z komentarzem, że przesadzamy. Na pytanie z czym? Usłyszałam, że ze wszystkim. Przy wejściu sprawdzanie czy jest maseczka, rękawiczki, mierzenie temperatury, ankieta epidemiologiczna i dopiero do gabinetu. Po wyjściu wietrzenie pomieszczenia, dezynfekcja dotykanych powierzchni, lampa UV. Wszystko po to, żebyśmy my i pacjenci byli bezpieczni. Nie przemawia to jednak do wyobraźni naszych podopiecznych, a może nie do wszystkich.
Następna pacjentka miała mniej szczęścia, bo w czasie jej wizyty odebrałam trzy telefony, mimo że rejestracja ma zapowiedziane, że nie łączymy telefonów, jak są pacjenci u lekarza. Pierwszy telefon z punktu wymazowego w szpitalu wojskowym z dużymi pretensjami, że zgłosił się do nich mój pacjent na wymaz i nie zna (o zgrozo!) mojego numeru Prawa wykonywania zawodu, a to jest im niezbędne. Powinnam zapytać po co i przecież skierowanie poszło przez gabinetgov.pl, więc mają wszystkie dane, ale nie zapytałam, bo szkoda mojego czasu. Drugi telefon był z Urzędu Miasta z pytaniem o realizację programu szczepień na grypę dla seniorów i pani była zdziwiona, że nie ma szczepionek. Jednak nie wszyscy czytają gazety i oglądają telewizję. Trzeci telefon był od Rzecznika Praw Pacjenta. Pani poinformowała mnie, że otrzymała skargę od żony naszego pacjenta, że jest ciężko chory, ma koronawirusa, a my się nim nie zajmujemy. Poinformowałam ją, że godzinę temu rozmawiałam z pacjentem i czuł się dobrze, ale oczywiście zaraz do niego zadzwonię. Obok w rejestracji cały czas dzwonią telefony, a mamy ich już sześć. Pacjentka tego wszystkiego wysłuchała (danych osobowych nie było) i stwierdziła, że nas podziwia. Bo myślała, że jak są teleporady i mało ludzi wchodzi do przychodni to jest cisza i spokój, a tu taki młyn. Podziękowałam za dobre słowo, przeprosiłam za zamieszanie i od razu poprawił mi się humor.
Zadzwoniłam do pacjenta od skargi do RPP, odebrała żona i od razu w krzyk, że mąż jest źle obsłużony, bo nie ma wypisanego zwolnienia. Pytam czy mąż pracuje, bo mówił, że nie i że zwolnienie mogę wystawić, jak będzie pracował, bo na ten moment nie podpina mi się zakład pracy, a ona na to, że jak bym chciała, to bym mogła. Cierpliwość i dobry nastrój szlag trafił. Na koniec pani mnie poinformowała, że jako kobieta powinnam wiedzieć, że mężczyźni nie wiedzą, co mówią i to ona będzie się z nami kontaktować i informować, jak czuje się mąż i co mu jest potrzebne. Powinnam zapytać, czy jest ubezwłasnowolniony, ale nie zapytałam. Nie miałam już siły.
Zadzwoniła do mnie koleżanka z informacją, że jakiś ważny polityk powiedział w radiu, że rząd panuje nad epidemią, tylko lekarze się nie starają i nie chce im się pracować. Ona twierdzi, że więcej nie może, ma 62 lata i jest w przychodni najmłodsza, nikt młody nie chce przyjść do pracy. Pracuje 8 godzin dziennie z pacjentami, 2‑3 godziny biurokracja, w domu spanie i od nowa. Pocieszam ją, że są plusy – na pewno schudnie, bo brak czasu na jedzenie, nie mówiąc o gotowaniu. Ja schudłam i to mi nieustannie poprawia nastrój. Czas do domu. Jutro też jest dzień!
Wioletta Szafrańska‑Kocuń

