Na to zgody – nas lekarzy i naszego samorządu być nie może!

Opublikowano: 5 listopada, 2020Wydanie: Medicus (2020) 11/2020Dział: , 3,8 min. czytania

Jesteśmy świadkami coraz bardziej brutalnej gry, mającej na celu stopniowe podporządkowanie zawodu lekarza instytucjom rządowym i ich przedstawicielom, co oznacza systematyczne osłabianie pozycji Izb Lekarskich i przejęcia pełnej kontroli nad naszą grupą zawodową.

Ostatnio wypowiedziana przez wicepremiera opinia na temat walki z pandemią koronawirusa, mówiąca, że problemem jest w tej chwili brak zaangażowania personelu medycznego, 18wywołała niezwykle negatywne reakcje całego środowiska lekarskiego.

„Niestety, występuje taki problem jak brak woli części środowiska lekarskiego ‑ chcę to wyraźnie powiedzieć…”, dobitnie podkreślił polityk.

[su_pullquote]

Lekarz – współczesny kozioł ofiarny

Technika kozła ofiarnego (będąca często ulubioną techniką mobberów) pozwala skupić negatywne uczucia społeczne na jednej grupie zawodowej, co przy okazji pozwala skutecznie odwrócić uwagę od innych problemów w kraju.

[/su_pullquote]

Warto bliżej przyjrzeć się technice, jaką zastosował premier wobec środowiska lekarskiego. Jest to tzw. technika kozła ofiarnego, mająca na celu przypisanie winy za własne błędy i potknięcia, czy błędy i niepowodzenia obozu władzy, osobom niewinnym, w tym przypadku nam – ciężko pracującym i nie zawsze docenianym lekarzom.

Już Zygmunt Freud pisał o mechanizmie obrony przez opór. Zatem przypisanie innym winy za własne niepowodzenia, w tym przypadku nieskuteczną walkę z pandemią, okraszoną wieloma skandalicznymi i budzącymi moralne wątpliwości decyzjami – jest mechanizmem, który pozwala znieść nawet ciężką winę polityków.

Technika ta jest jedną z technik etycznie wątpliwych i może mieć odwrotny od założonego skutek. Dzieje się tak, gdy osoba ją stosująca niezbyt rozważnie dobierze grupę, wobec której posuwa się do swoich podstępnych działań. Otóż słowa, które wypowiedział wicepremier Sasin wywołały większy, niż się spodziewano bunt w środowisku lekarskim. Szkodę „złych słów” ponieśli nie tylko medycy, ale przede wszystkim pacjenci, na których nieświadomie odbijać się może frustracja lekarzy.

Swoje oburzenie wyraził m.in. prezes NRL – prof. Andrzej Matyja, pisząc w liście do premiera Mateusza Morawieckiego, iż „…podważanie zaufania społecznego do osób wykonujących zawód lekarza w okresie pandemii jest skrajnie nieodpowiedzialne”. Zdanie, z którym zgodzi się każdy logicznie myślący.

Profesor Matyja miał rację, bowiem coraz większa liczba ankietowanych lekarzy wyraża swoją dezaprobatę co do sposobu, w jaki są traktowani we własnym kraju, deklarując tym samym chęć emigracji i pracy w państwach, w których uzyskają należny im szacunek, który stał się obecnie cenniejszy od możliwości osiągnięcia wysokich zarobków. Taki sam pomysł – wyjazdu po normalność – ma już co trzeci student ostatniego roku studiów Wydziału Lekarskiego.

Z kolei lekarze emeryci, dzięki którym tak naprawdę system jeszcze działa, wystarczająco już zmęczeni ciągłą medialną nagonką, rozrośniętą do granic absurdu pracą administracyjną oraz wdrażaniem na siłę, jeszcze niedopracowanych, po słowach wicepremiera Sasina – dużo odważniej deklarują podjęcie decyzji przejścia na emeryturę.

Wygląda na to , że robienie z lekarzy kozła ofiarnego oraz próby nieuczciwego przerzucenia na nich odpowiedzialności za złe decyzje polityków, skończy się medyczną zapaścią, w jakiej za chwilę może znaleźć się nasz kraj a czarę goryczy z pewnością przeleje przeforsowanie ustaw mających na celu uczynienie z lekarzy medycznych niewolników, którym w pewnym stopniu mogą zostać ograniczone ich konstytucyjne prawa obywatelskie.

Niestety, niektórzy politycy wykazali się zupełną intelektualną indolencją, nie znając podstawowych zasad decydujących o skuteczności zarządzania. Jedną z nich i chyba najważniejszą jest model zarządzania oparty na bazie budowania pozytywnych emocji. Drugim, równie ważnym, jest unikanie destrukcyjnej (w tym publicznej!) krytyki w stosunku do znacznej części lub całej grupy zawodowej. Te dwa główne wyznaczniki najczęściej decydują o tym, że zarządzanie jest efektywne.

Polityka „zamordyzmu” i próby nakładania legislacyjnych kagańców lekarzom, będącym w większości państw rozwiniętych intelektualną i zawodową elitą, z całą pewnością przyniosą zupełnie przeciwny skutek od zamierzonego. To wystarczy, by kryzys w służbie zdrowia doprowadził do społecznego niezadowolenia i związanych z nim konsekwencji.

W tych trudnych czasach nie jest nam to zupełnie potrzebne…

Marek Derkacz
marekderkacz@interia.pl