Trzeba umieć żyć
„Nazywam się Lucjan Ważny. Jestem już bardzo stary, mam 87 lat. (…) Chcę napisać mój życiorys i moje wspomnienia, szczególnie te, które uważam za najważniejsze, także te, które najbardziej tkwią w mojej pamięci” – tak zaczyna się historia życia, którą dr Lucjan Ważny zaczął pisać jeszcze w młodości, a ukończył w ostatnich latach życia. Maszynopis zatytułował „Wspomnienia”.
W tym roku 14 stycznia 2026 minęła 105 rocznica urodzin Lucjana Ważnego.
Ten ceniony lekarz ginekolog i położnik, o którym mówiono, że przyjął na świat kilka tysięcy Lublinian, snuje nie tylko opowieść o życiu osobistym, ale też o Lublinie i o historii lubelskiej medycyny, bo młody Lucjan, który początkowo miał studiować farmację – po maturze w 1939 r. w LO im. St. Staszica w Lublinie dostał się bez problemu na ten kierunek na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie – musiał z powodu wybuchu wojny zmienić swoje plany.
I tak w 1942 r. dzięki kontaktom rodziny trafił na kursy medyczne – Medizinische Fauchkurden – które prowadzili za zgodą Niemców profesorowie lwowskiej uczelni. Nie wiemy, czy młody Lucjan wtedy złapał bakcyla medycyny, ale jak twierdził, kursy te i poznani tam ludzie bardzo mu pomogli już po wojnie.
Tymczasem tak pisał: „W połowie sierpnia 1944 r. powołano i zmobilizowano mój rocznik 1921. Nie miałem zamiaru uchylać się od walki z Niemcami. (…) Dostałem przydział do Pierwszego Samodzielnego Chemicznego Batalionu I Armii WP”. Chyba nie wiedział wtedy, że przejdzie cały szlak bojowy z Warszawy do Berlina. Fragment wspomnień o tym czasie jest niezwykle ciekawy, bo relacje z pierwszej ręki są bezcenne. „Przyszedł pamiętny dzień 9 maja 1945 r. (…) To był koniec wojny. (…) Przeżyłem. Usiadłem na dużym kamieniu, leżącym na ulicy i długo trwałem w milczeniu, a dookoła ogromna radość”.
Najstarsza z trzech córek Doktora, Marta tak wspomina dalsze losy swego Ojca:
– Po zakończeniu II wojny światowej Tata wrócił do rodzinnego Lublina. Wówczas był już czynny Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej. Tata z odpowiednimi dokumentami (świadectwo maturalne i zaświadczenie o kursach medycznych, które ukończył podczas okupacji) udał się do Dziekanatu Wydziału Lekarskiego.
Dziekanem był wówczas prof. Tadeusz Kielanowski, który był zdumiony jego prośbą zaczęcia studiów medycznych od II roku, ale jej nie odrzucił. Postawił jednak warunki: do końca grudnia 1945 r.
Tata miał zdać egzamin z chemii organicznej i nieorganicznej, fizyki i kolokwium z histologii. Tata przystał na te warunki i obiecał, że je wypełni. Musiał jednak wrócić do swojego Batalionu i prosić o zwolnienie z wojska. Cel osiągnął 12 października 1945 r. – został zdemobilizowany. Wyznaczone egzaminy zdał i jednocześnie chodził na wykłady II roku i do prosektorium. Tym sposobem zaliczył II rok studiów. Na III roku było już znacznie luźniej. Tata twierdził, że wykłady były znacznie ciekawsze i studenci poczuli smak medycyny. Fascynowała go interna – uważał ją za koronę medycyny. Zaczął też już zarabiać, prowadząc szkolenia z pierwszej pomocy dla dziewcząt z różnych wsi. Kursy te organizowała dr Litwiniukowa. W tym samym czasie Tata i jego brat pracowali jako wolontariusze na oddziale internistycznym, kierowanym przez dra Płaczkiewicza. Wolontariat nie przeszkadzał im w kontynuowaniu studiów. W tym czasie wydarzyło się coś, co zadecydowało o jego dalszym losie. Będąc na początku IV roku studiów, Tata zapisał się do Studenckiego Koła Naukowego. Tam spotkał prof. Januarego Zubrzyckiego, który prowadził wykłady z ginekologii. Pozwolił studentom z koła naukowego uczestniczyć w operacjach. Profesor był mistrzem w swojej dziedzinie. W Lublinie prof. Zubrzycki przebywał krótko, ale zrobił bardzo dużo, szkoląc młodych asystentów i opiekując się studentami z koła naukowego. W tym czasie Akademia Medyczna otrzymała budynek przy ul. Lubartowskiej 81, gdzie wcześniej mieścił się szpital żydowski. Obiekt był w bardzo złym stanie, ale niezwłocznie zaczął się jego gruntowny remont. Wkrótce kierownikiem kliniki został prof. Stanisław Liebhard, przedwojenny asystent w Klinice Ginekologii Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.
Prof. Liebhard był człowiekiem niezwykłej uprzejmości, dobroci i mądrości. Jego wykłady były bardzo ciekawe, szczególnie z endokrynologii, która wówczas w Polsce była mało znana. Na spotkaniu Studenckiego Koła Naukowego, w którym uczestniczył prof. Liebhard, mój Tata wygłosił wykład na temat bólu w medycynie. Wykład wzbudził duże zainteresowanie profesora, który zaproponował Tacie pracę. Równocześnie poprosił, aby Tata napisał pracę o bólu w ginekologii. Tak też się stało – praca powstała i Tata przechowywał przez całe życie jej wydrukowany egzemplarz.
Po remoncie budynku na ul. Lubartowskiej, 1 stycznia 1949 r. można było rozpocząć w nim pracę. Z UNRY nadeszły elementy wyposażenia: łóżka, pościel, piękne koce. Tata pracował tam jako najmłodszy wolontariusz, ale miał zapał i dobrych starszych kolegów i asystentów, m.in. byli to dr Czesław Kotarski, dr Narkuński, dr Aleksander Goroszkiewicz, dr Adam Bartoszewski i wolontariusze: Lucjan Ważny, Barbara Trębicka i Aureliusz Marchwic. Praca dawała dużo zadowolenia Tacie, ale była bardzo ciężka, gdyż jako najmłodszy musiał często dyżurować. Wreszcie 25 czerwca 1949 r. Tata otrzymał absolutorium, które upoważniało go do zdawania egzaminów dyplomowych. Prof. Liebhard, jak obiecał, załatwił mu stypendium specjalizacyjne z ginekologii, które wynosiło 25 000 zł miesięcznie, a doceniając potencjał naukowy Taty, polecił mu zająć się terapią tkankową. Wygospodarowano mały pokoik przy laboratorium, gdzie mógł spokojnie prowadzić badania. Jednak na początku 1950 r. Tata przerwał badania, gdyż zabrano mu stypendium specjalizacyjne. Za tą decyzją stał jeden z adiunktów kliniki przy ul. Staszica, a powodem była odmowa wstąpienia do PZPR. W tej sytuacji prof. Liebhard załatwił mu stypendium z ZUS i Tata zaczął pracę w barakach przy ul. Młyńskiej i jednocześnie pracował w klinice. Jednak los ponownie pokrzyżował jego plany i całkowicie zmienił jego życie – dostał wezwanie do wojska. „Wakacje po trzecim roku medycyny były dla mnie nadzwyczajne i przełomowe w życiu” – pisze we „Wspomnieniach” dr Ważny. W Szklarskiej Porębie, gdzie spędzał wakacje, w studenckim domu wypoczynkowym poznał Krystynę Piechotówną także studentkę medycyny. „Była ze mną na tym samym roku.
Mało ją znałem, bo była w innym towarzystwie, a ja w innym.
Teraz zbliżyły nas wspólne wycieczki. (,,,) Tak zaczęła się miłość.
Już tam na tych wczasach zrozumiałem, że jest to kobieta dla mnie”. Ślub odbył się w lubelskiej katedrze 29 czerwca 1949 r. „Wiedziałem, że chcę dużej, kochającej się rodziny, że kocham Krysię i jestem szczęśliwy” . – Rodzice stworzyli wyjątkowo dobrany związek. Kochali się i przyjaźnili. Byli małżeństwem przez 60 lat. Oboje kochali też swoją pracę – podkreśla Maria, średnia córka państwa Ważnych. – Mama była oddana pracy. Ponad wszystko przedkładała dobro leczonych dzieci. Całe swoje życie zawodowe związała z pracą na oddziałach zakaźnych dla dzieci w szpitalu im. Jana Bożego w Lublinie. Była jedną z twórców i jednocześnie filarem dziecięcych oddziałów zakaźnych w Lublinie. Posiadała szeroką i ciągle pogłębianą wiedzę zawodową, a także zdolność obserwacji pacjenta i wyciągania trafnych wniosków ze sposobu zachowania się pacjenta, poruszania się, mówienia czy wyrazu twarzy. Perfekcyjnie zbierała wywiad od rodziców dziecka i zawsze uważnie słuchała tego, co mówi mały pacjent o swoich dolegliwościach. Pracowała od początku lat 50. ubiegłego wieku aż do przejścia na emeryturę – opowiada Maria, zwana w domu Marzeną, także lekarka pediatra. Krystyna Ważna zmarła w 2009 r.
Wróćmy do momentu, kiedy dr Ważny zostaje powołany do wojska. Jak pisze: „Trwała wojna koreańska i zabierano prawie wszystkich lekarzy do wojska (…), przygotowywano się do wojny. W marcu 1951 r. zapukał do drzwi żołnierz i wręczył mi nakaz natychmiastowego stawienia się w Rejonowej Komendzie Uzupełnień”. Ważny miał się stawić do jednostki wojskowej w Węgorzewie na Mazurach. Rozstanie z rodziną trwało do zimy 1953 r., kiedy to nastąpił powrót do Lublina i… stabilizacja. Rozpoczął wtedy pracę w Szpitalu Wojskowym, z którym związany był do emerytury.
Najmłodsza córka dra Ważnego Małgorzata: „Z Tatą byłam bardzo mocno związana emocjonalnie, co utrudnia obiektywizm. Myślę, że poza umiłowaniem przyrody i piwnymi oczami, niczego po Tacie nie odziedziczyłam. Nie mam jego mądrości wynikającej z szacunku dla nauki i bystrej obserwacji rzeczywistości. Brakuje mi jego nieograniczonej wiedzy i błyskotliwości umysłu, co wraz z tendencją do głębokiej refleksji sprawiało, że był wyrocznią w każdej niemal dziedzinie. W życiu codziennym – realista i tytan pracy, a przy tym marzyciel, który dzięki swej determinacji dokonywał niemożliwego. W latach 70. ubiegłego wieku, a więc bez Internetu i komórek, w czasach gdy na połączenie telefoniczne Lublin-Kazimierz Dolny trzeba było czekać czasem ponad godzinę, Tata wraz ze swoim szkolnym kolegą prof. Edwardem Pinkiewiczem zdołał odnaleźć prawie wszystkich żyjących kolegów, maturzystów rocznik 1939, z pierwszego LO im. Stanisława Staszica, rozsianych po całym świecie. Następnie nakłonił ich wszystkich do przyjazdu i wzięcia udziału w zjeździe, który tak im się spodobał, że potem był kolejny i jeszcze kolejny, a kontakty z większością z nich trwały nieprzerwanie aż do śmierci. Teraz już wszyscy odeszli. Na szczęście niektórych z nich Tata uwiecznił na taśmach, nagrywając długie rozmowy głównie poświęcone ich losom wojennym.
A czy nie było szaloną ideą rozpoczęcie nauki włoskiego w wieku prawie 70 lat po to, by objeżdżać Włochy z całą rodziną, zachłystywać się ich pięknem, no i rozmawiać z tubylcami, wzbudzając zainteresowanie, zdumienie i ogromną życzliwość wśród swoich interlokutorów? Zdobył ten swój włoski dzięki ogromnej pracy swojej i dwóch świetnych nauczycielek.
Ale jego prawdziwym konikiem, poza medycyną oczywiście, była historia. On ją nie tylko znał, ale rozumiał i czuł, tak jakby to wszystko sam przeżył.
Gdy kiedykolwiek, w jakimkolwiek towarzystwie wyłonił się problem związany z historią, zawsze dzwoniliśmy do Taty. On nam wszystko wyjaśniał. Dzisiejsza Wikipedia to pikuś przy nim.
Zawsze powtarzał, że należy w równej mierze dbać o tężyznę umysłu i ciała. Kopał więc, plewił, siał i sadził w swoim ukochanym, zaczarowanym ogrodzie, który miasto zabrało, by rozbudować LSM. Lecz posadzony przez niego dąb wciąż stoi dumnie pośrodku dwupasmówki pomiędzy Poczekajką a osiedlem Sienkiewicza, a przy nim kamień upamiętniający fakt, że dąb ów mianowano w 2020 r. lubelskim Drzewem Roku. (Dodajmy, że dąb zasadził Lucjan Ważny, aby w ten sposób podziękować za szczęśliwy powrót z wojny – red.).
No i wreszcie Tata – lekarz ginekolog. Bez przerwy w pracy.
Rano Szpital Wojskowy, gdzie razem z drem Goroszkiewiczem prowadzili oddział ginekologiczny i położniczy. W południe wpadał na obiad, żeby zaraz potem lecieć do Spółdzielni Lekarz przy ul. Solnej, gdzie przyjmował często nawet do godziny 22.00. W nocy czasem wzywano go do porodu, a „urodził” kilka tysięcy dzieci. Trochę się namęczył, ale musiał to lubić, bo nigdy nie narzekał.
Kiedy był już stary, powiedział, że miał piękne, spełnione i szczęśliwe życie. Każdy by tak chciał, ale trzeba umieć żyć.
Wysłuchała i zanotowała Anna Augustowska


