Kierując się popędem łaknienia
Sok z dwudziestu pięciu cytryn dziennie, a w czasie miesiąca z blisko dwustu! To jedna z kuracji, jaką proponowali dawni lekarze. W marcowy czas detoksów i wiosennych zmian menu przypominamy medyków, którzy łączyli zawodową wiedzę z kulinarnymi i dietetycznymi poradami. W okresie międzywojennym książka z przepisami autorstwa ordynatorów szpitala nie była niczym dziwnym. Dziwne mogą się dziś wydawać owe przepisy. Ten na puree z naci rzodkiewki zacytujemy.
W jaki sposób przedwojenni medycy wyliczali pacjentom prawidłową wagę? Trzeba usiąść i zmierzyć odległość od powierzchni, na której się siedzi do szczytu głowy. Tak otrzymaną liczbę mnożymy razy dwa, a od otrzymanego wyniku odejmujemy 100. O BMI nikt wówczas nie słyszał. – Dobre samopoczucie ważniejsze jest jednak od matematycznego obliczania. Nieraz można się czuć doskonale, mając wagę mniejszą od normalnej; rzadziej odwrotnie – zauważał doktor Mojżesz Girszowicz, który blisko sto lat temu dawał swoim czytelnikom „praktyczne wskazówki higieniczne z podaniem 103 przepisów kulinarnych zdrowych potraw”.
Gdy ktoś go pytał, ile powinno się jeść, wileński lekarz miał odpowiedź rozbrajająco prostą: „Nie należy jeść bez apetytu i pić bez uczucia pragnienia”.
Ostatni kotlet na 35. urodziny
– Używamy nadmiernej ilości produktów pochodzenia zwierzęcego, co wzmaga w jelitach procesy gnilne. Powstają przy tym substancje trujące, wsiąkające do krwi – uważał doktor Girszowicz już na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku.
I przytaczał opinie angielskich lekarzy sądzących, że „wybitne rozpowszechnienie raka jest w związku z nadmiernym używaniem pokarmów mięsnych”.
Ówcześni medycy sugerowali, że jedzenie nieznacznie nawet zwiększonej ilości mięsa dopuszczalne jest jedynie w okresie wzrostu i do lat 35 – jako obrona przeciw gruźlicy. Po przekroczeniu tego wieku należało, ich zdaniem, bezwzględnie ograniczyć mięso i ryby.
Girszowicz, specjalista chorób serca i przemiany materii, sugeruje też swoim czytelnikom, że dobrze by było, gdyby raz do roku, w czasie 2-3 tygodni, przeprowadzili „surową dietę”.
Medykowi chodziło o posiłki przygotowane bez gotowania.
Rosół samo zło
Czytelnicy zajadający się rosołem powinni ominąć ten fragment tekstu, bo autor poradnika „Tak żyć i odżywiać się potrzeba, aby zachować zdrowie: praktyczne wskazówki higieniczne
z podaniem 103 przepisów kulinarnych zdrowych potraw” myśli o tej zupie jak najgorzej. – Staje się oczywistym szkodliwy wpływ rosołów, zawierających po wygotowaniu wszystkie sole, które w wypadku, gdyby zwierzę nie zostało zabite, byłyby wydalone z jego ustroju z moczem jako produkty szkodliwe. Niech czytelnik daruje mi porównanie – zastrzega doktor Girszowicz – ale każdy rosół, zarówno ze swego wyglądu zewnętrznego, jak i smaku, i składu chemicznego, niewiele się różni od moczu.
Co nie przeszkadza mu umieścić przepis na rosół mięsny wśród swoich 103 przepisów. Są tam też receptury na: galaretę z mięsa, kotlety na parze czy kotlety i befsztyki w kopertach (mięso smażone na arkuszu papieru na patelni na maśle, by na pergaminie została ciężkostrawna skórka, którą się usuwa).
Doktor, wieloletni ordynator Szpitala Miejskiego Żydowskiego w Wilnie, był zwolennikiem złotego środka i odradzał radykalne wykreślenie mięsa, ryb czy jajek z jadłospisu.
Zamiast współczesnych piramid żywieniowych proponował piramidę finansową. – Za pieniądze przeznaczone na kupno produktów spożywczych kupić należy przede wszystkim szklankę mleka (dla dzieci nie więcej niż dwie szklanki). Pozostałe pieniądze dzielimy na dwie równe części. Za jedną kupujemy jarzyny i owoce, za drugą – wszystko pozostałe (mięso, ryby, jaja, cukier, chleb, kawę, tłuszcze, łakocie itp.) – tłumaczył Girszowicz.
Nać do wrzątku
Jak łatwo przewidzieć, większość proponowanych przez niego dań to kuchnia jarska. Dziś niektóre z proponowanych w 1930 r. potraw mogą budzić zainteresowanie z uwagi na swą prostotę i oryginalność. Bo kto dziś dusi ogórki na maśle albo smaży kotlety z marchwi, kotlety z kapusty, czy gotuje kartofle na mleku lub umie przyrządzić budyń kartoflany, jabłka z kartoflami czy słodką zupę z jabłek i ryżu.
Kupując pęczek rzodkiewki, pozbywamy się zielonych liści.
Błąd. W poradniku ordynatora mamy przepis na „Puree z naci rzodkiewki”: 400 g naci młodej rzodkiewki czerwonej włożyć do wody wrzącej i ugotować. Przetrzeć przez sito. Na małym ogniu wymieszać z 50 g śmietany i 2 g cukru, osolić.
Cytryny doktora Jana
Dzięki historii pacjenta „67-letniego starca, robotnika kolejowego” poznajemy efekty „Kuracji sokiem cytrynowym”, którą w 1903 r. opisał doktor Jan B. Otóż ów robotnik dwadzieścia lat wcześniej zaziębił się w przeciągu w warsztacie. Dostał bólów reumatycznych, na które cierpiał tygodniami. Rok przed kuracją
„starzec o własnej sile kroku nie mógł postąpić”, nie miał apetytu, nie mógł spać. Poradzono mu cytryny.
Jak relacjonuje doktor Jan B. (jedynie w taki sposób autor broszurki się przedstawia), w pierwszym dniu pacjent wypił sok z sześciu cytryn, w drugim z dwunastu, w trzecim z dwudziestu pięciu. Skutek był zadziwiający, wyzdrowiał.
Wydana w Warszawie książeczka będąca reklamą cytrynowej kuracji, już w tytule wymienia jej zastosowanie: sok cytrynowy jako środek leczniczy w wypadkach ostrej i chronicznej podagry, żółtaczki, reumatyzmu, w chorobach nerek, skórnych, kamienia żółciowego itd.
Jak tłumaczy autor, przeciętnie należy zużyć 150-200 cytryn, w pierwszych dniach stosowania kuracji powiększając dawki, przez kilka dni utrzymując je na tym samym poziomie, a w końcu systematycznie je zmniejszając. Przyjmowany sok cytrynowy nie może być zmieszany ani z wodą, ani cukrem.
Zachowywanie specjalnej diety jest zbyteczne. Jedynie trzeba odstawić „wszelkie spirytualia”. Doktor jednak zastrzega, że jeśli ktoś nie może powstrzymać się od używania trunków, musi się zadowolić kieliszkiem koniaku dziennie.
Autor oprócz świadectw osób, które zastosowały cytrynową dietę, podaje przykłady takich praktyk stosowanych przez zagranicznych lekarzy. Mamy Anglika, który wyleczył cytrynami febrę reumatyczną, Niemca mającego sukcesy w przypadku pacjenta z „wodą w brzuchu”.
Sok z 300 cytryn uleczył przypadłość. Kolejny Anglik pomógł sokiem z cytryn osobom płci obojga cierpiącym na „histeryczny ból głowy”.
Wciąganie nosem soku, dopóki starczy oddechu, ma być zdaniem doktora Jana doskonałym sposobem na zatamowanie krwotoku.
Co ciekawe, lekarz przyznaje, że sam prowadził cytrynową kurację, bo cierpiał na dotkliwe bóle reumatyczne. Te ustały, gdy doszedł do wyciskania dwudziestu cytryn dziennie. Z reumatyzmu nic nie zostało, gdy jak podliczył, wypił sok ze 180 cytryn.
Na dodatek, przy okazji i nieoczekiwanie, doktor wyleczył się także z zadawnionych cierpień żołądka.
Oczyszczanie chlebem i winem
Historycznie rzecz biorąc, najstarszą z autorskich diet, jakie tu przypominamy, jest ta pochodząca z początku XIX w., udoskonalona dzięki wiedzy medycznej kilkadziesiąt lat później.
Powiedzieć, że autor pomysłu na zdrowe odżywianie stworzył menu postne (akurat w Kościele katolickim trwa Wielki Post), to nic nie powiedzieć.
W polskich księgarniach książka „Kuracja Schrotha: zestawienie opis i naukowe wyjaśnienie” ukazała się w 1926 r. Ponad sto lat po tym jak Johan Schroth, „prosty włościanin ze Śląska”, wynalazł i zaczął propagować swoje menu oraz tak zwane zawijania. – Jak może chory człowiek przetrwać taką „końską” kurację, kiedy niejeden zdrowy by nie wytrzymał? – zastanawiali się sceptycy.
Autor publikacji cytował dane statystyczne, z których wynikało, że w ośrodku stosującym metodę Schrotha liczba zgonów była porównywalna do odnotowanych w ówczesnych uzdrowiskach.
Dieta włościanina, którą syn-lekarz po latach odrobinę zmodyfikował, polega na stosowaniu głodówki i owijaniu ciała w mokre tkaniny. Dostarczaniu pacjentowi minimalnych porcji pożywienia towarzyszy podawanie solidnej porcji alkoholu, głównie wina. Zdaniem propagatorów metody, chodzi o zwiększenie procesu spalania i wydalenia substancji z chorych tkanek. Gdyby ktoś to porównał do znanej z literatury kuracji „na trzy zdrowaśki do pieca”, pewnie by się co do idei nie pomylił.
Wynalazca pierwotnie stosował suche bułki i czystą wódkę.
Syn wprowadził wino, a nawet owsiankę, sago, ryż i inne lekkostrawne pokarmy.
Jak czytamy w książce reklamującej trzytygodniową metodę, ważne było okresowe powstrzymywanie się od przyjmowania jakichkolwiek napojów. Litr (!) wina był dozwolony po 18, 24, a nawet 36 godzinach bez picia. Herbata, kawa czy nawet woda były zakazane mimo pragnienia. A to miało ustępować po nocnym opatulaniu pacjentów w mokre prześcieradła (po pachy albo po brodę) oraz okrywaniu kołdrami na 5-7 godzin. Wówczas to organizm opuszczały „rozpuszczone złe soki i materie”.
Oczyszczającą kurację alkoholowo-sucharową i zawijania proponowano także zdrowym, w celu zapobiegania chorobom.
Zza grobu, zza klawiatury
O metodzie włościanina z XIX-wiecznego Śląska i jego syna napisał Ludomir Grendyszyński, prawnik, dziennikarz, publicysta i działacz społeczny. Na końcu książeczki, oprócz solidnej bibliografii, czytelnik dostaje opis przebiegu skutecznej kuracji Schrotha. Pod świadectwem podpisał się ten sam kuracjusz, którego inicjały widzimy na okładce – czyli Grendyszyński. Tekst powstał w Warszawie, jest datowany na listopad 1925 r.
Dzięki biogramom międzywojennego dziennikarza i prawnika zamieszczanych w różnych źródłach wiadomo, że Grendyszyński „pisząc” owo świadectwo… nie żył od ponad czterech lat.
Wiecznie żywy jest pomysł na wyciskanie cytryn kilogramami i picie soku. Rozkład, z ilu owoców danego dnia trzeba go uzyskać, zamieszczony na różnych stronach internetowych, jest niemal identyczny jak ten w broszurze doktora Jana B. sprzed 123 lat.
Janka Kowalska

