Pamiętnik znaleziony w szpitalnej szafce

Opublikowano: 30 marca, 2022Wydanie: Medicus (2022) 04/2022Dział: , , 4,8 min. czytania

(serial prawie codzienny)

Poniedziałek

Nic nie zmienia się na lepsze. Nadal choruję w domu, bo miejsc w szpitalu ciągle brak. Udało mi się zdobyć u lekarza pierwszego kontaktu receptę na leki, więc pod dyktando ciotki kontynuuję terapię. Dolegliwości czasami nie mam, ale ogólnie wyjścia też nie. Nie wiem, co będzie z tym miejscem w szpitalu, a wizytę następnego pierwszego kontaktu mam znowu dopiero za miesiąc. Ogólnie wszystko pod górę.

Wtorek

Nie wiem, czy się przesłyszałem, ale podobno jeden z wysokich urzędników państwowych ogłosił rychły koniec pandemii i odbudowę tego wszystkiego, co przez nią się w kraju nawyczyniało. O innych powodach tego, co było i co się nadal dzieje nie wspomniał. Ciekawe, jakie usprawiedliwienia zostaną w tym względzie wymyślone. Chyba jednak ta epidemia miała i ma pod nieznanymi nam względami zupełnie niezłe i wygodne strony. Tak mi się zdaje.

Środa

Dzisiaj przyszła w towarzyskie odwiedziny sąsiadka z piętra wyżej. Dla naszego spokoju nawet certyfikat covidowy z sobą wzięła. Swoje też pokazaliśmy. Poplotkowały okazjonalnie z ciotką a następnie pani, jako że wszyscy się przecież na medycynie znają, zainteresowała się postępami mojego leczenia. Od razu się okazało, że nie taką dietę stosuję, część leków nie takich, jak potrzeba biorę i że część terapii gruntownie trzeba by było zmienić, lekarza na wszelki wypadek może też. Powiedziałem, że pomyślę nad tym i to było wszystko, co udało mi się w niewielkich przerwach z siebie wykrztusić. A mówią, że kontakty z ludźmi są potrzebne, ale w chorobie chyba nie bardzo, bo pogubiłem się mocno po tej konsultacji i mam nad czym myśleć.

Czwartek

Dostałem wiadomość ze szpitala, że mam szanse na miejsce może nawet już w przyszłym miesiącu. Chyba żeby jakiś nowy covidowy mutant mnie dopadł, to wtedy byłoby chyba szybciej. No, ale jak w międzyczasie nic mi się nie stanie a niezaszczepionych przybędzie, to nadal będzie trudno. Cóż, do leczenia domowego już się przyzwyczaiłem. Muszę czekać.

Niedziela

Ciotka powiedziała, że skończył się chleb i masło i żebym poszedł po zakupy. Przypomniałem jej, że dzisiaj niedziela i sklepy spożywcze nieczynne. Popatrzyła na mnie jak na niedzisiejszego i nadmieniła, że miała na myśli nowo otwartą niedzielną czytelnię, albo sklep ze sprzętem wędkarskim. Poszedłem i w tym wędkarskim bez kłopotów kupiłem, co trzeba a żeby było bardziej wiarygodnie i elegancko nawet spławik do wędki nabyłem i trochę żyłki. No, trzeba przyznać, że jak się prawidłowo pomyśli, to nie ma zakazu, którego nie dałoby się obejść. Nawet w niedzielę.

Poniedziałek

Oglądałem z nudów wiadomości i w pierwszej chwili myślałem, że to jakąś powtórkę nadają, bo znowu o zakażeniach, zajętych łóżkach, następnych powołanych jakichś komisjach, sądowych zmianach, nowych inicjatywach, genialnych posunięciach i decyzjach a wszystko nadal w ramach trwającego polskiego ładu. Oglądałem i jakoś nie mogłem dość do ładu ani z sobą, ani w ogóle. Za długo siedzę w domu. Ciotka mówi, że to na głowę mi nie bardzo robi. A mam wyjście?

Wtorek

Zgodnie z kalendarzem, robi się coraz cieplej. Dni coraz dłuższe, chociaż ogólnie nadal więcej się skraca. Wiosna w pełni. Dziwne, że nie wiosna ludu.

Środa

Znowu w telewizji usłyszałem, że podobno łóżek szpitalnych ma przybyć. To cieszy, ale kto koło tych łóżek będzie chodził, gdy personelu coraz bardziej ubywa. Może jakiś dekret o samoobsłudze albo samopomocy by to rozwiązał. W końcu z dekretami u nas, jak dotąd, nie było problemu.

Czwartek

Dzisiaj w lustrze zauważyłem, że jakbym trochę zżółkł. Nie przejąłem się. Choroby mają różne koloryty. W czasie pobytu w szpitalu byłem świadkiem i żółtaczki, i czerwonki, białaczki, paciorkowca zieleniejącego i sinicy. Ot, taka szpitalna szarzyzna. W końcu choruję na woreczek żółciowy, więc może mi się coś udzieliło. Albo woreczek, albo wczorajszy żurek chiński. Poobserwuję spokojnie, czasu mam dużo.

Piątek

Miałem koszmarną noc. Śnił mi się pejzaż polski. Olej. Olałem, ale śnił mi się nadal. W tle był naród. Zrobiony na szaro. Po lewej i prawej elity w gryzących się kolorach, górą polatująca wszechwładna głupota, dołem Wisła płynęła, w poprzek Rejtan bez guzików. A wszystko to wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem, owinięte w patriotyczne sztandary, przewiązane sznurkiem od złotego rogu i przykryte maciejówką z elementami pawia. Obudziłem się niewyspany. Ciekawe, kiedy mi się wreszcie coś normalnego przyśni.

Sobota

Podobno kury się niezbyt dobrze niosą. A jakie to ma znaczenie – jaj na pewno nie zabraknie. Wystarczy popatrzeć dookoła…

Poniedziałek

A propos – podobno coraz częściej spotkać można ogniska ptasiej grypy. No, jak tylu orłów na czele, to myśląc logicznie, jaka inna grypa niż ptasia może być? Orłów by trzeba jak najprędzej pozaszczepiać!

Wtorek

Słuchałem radia. Był wywiad z ministrem. Mówił, że najwyższy czas na reformę służby zdrowia, czas na zmiany i koniec z niechlubnymi i niewydolnymi praktykami. Pewnie na chlubnych i wydolnych teoretyków teraz postawią, oczywiście żeby to wszystko po polsku uładzić.

Irosław Szymański