Piłka nożna wiele mnie nauczyła

Opublikowano: 24 lutego, 2022Wydanie: Medicus (2022) 03/2022Dział: , 4,6 min. czytania

Z Aleksandrem Sławińskim,
lekarzem z Oddziału Chorób Zakaźnych Instytutu Medycyny Wsi, który od dziecka gra w piłkę nożną,
rozmawia
Anna Augustowska

[su_spacer size=”30″]
  • „Od niedzieli do soboty ciągle tylko mecz, mecz, mecz…” – to słowa starej piosenki. U Pana było podobnie?

– Może nie aż tak, ale faktycznie piłka nożna miała i myślę, że wciąż ma spory wpływ na moje życie. W pewnym sensie nauczyła mnie samodzielności, odpowiedzialności i funkcjonowania w teamie. Na boisku jako drużyna mamy wspólny cel i żeby go osiągnąć każdy musi zaangażować się w stu procentach. Nie można odpuścić, bo na tym traci reszta kolegów. Uprawiając sport, poznajemy swoje mniejsze i większe słabości, potencjalne ograniczenia, a później krok po kroku znajdujemy sposób, żeby przesuwać granice. To ciekawa droga.

Jeżeli chodzi o początki, to podobnie jak wiele dzieciaków z piłką w zasadzie nie rozstawałem się od czasów szkolnych. Początkowo była to zabawa na podwórku, później w II czy III klasie, za sprawą kolegi ze szkolnej ławki, trafiłem do klubu piłkarskiego BKS Lublin. Treningi stały się rutyną, wyznaczały rytm tygodnia, jego zwieńczeniem był mecz. A rywalizacja to zawsze dodatkowy zastrzyk adrenaliny. Lubiłem to.

Ze szczególnym uśmiechem myślę o obozach sportowych. Z jednej strony otrzymaliśmy wtedy pierwszą poważniejszą lekcję samodzielności – codzienny rozruch o 7 rano, nauka dbania o sprzęt piłkarski, treningi często w mrozie i śniegu – a z drugiej, mieliśmy czas na nawiązanie relacji w drużynie. Może trudno uwierzyć, ale niektóre z tamtych znajomości trwają do dziś.

  • Studia medyczne nie były przeszkodą w uprawianiu tego sportu?

– Wręcz przeciwnie. Jak się szybko okazało, sport i treningi były podczas tej drogi niezastąpione. Aby przygotować umysł na kolejne porcje wiedzy, regularnie ładowałem baterie na boisku, w czym pomagał mi AZS. Muszę przyznać, że rozstanie z sekcją po tych 6 latach zajęło mi chwilę – jeszcze w zeszłym roku jako lekarz stażysta brałem udział w zawodach. Wydawało się, że dopiero zacząłem przygodę z AZS‑em, a już czas było rozejrzeć się za kolejnym miejscem realizacji pasji. Całe szczęście w środowisku medycznym to żaden problem. Muszę przyznać, że lekarze naprawdę żyją sportem. Dowodem są Igrzyska Lekarskie i Mistrzostwa Polski, na których pojawiają się pasjonaci sportu w każdym wieku, nierzadko wraz z całymi rodzinami. W maju ub. roku graliśmy w turnieju piłki nożnej 6‑osobowej, który odbył się w Częstochowie i jako reprezentacja LIL wróciliśmy z brązowym medalem, a to tylko rozbudziło nasze apetyty przed kolejnymi zawodami.

  • Zastanawiam się, dlaczego wybrał Pan medycynę a nie np. AWF?

– Przyznam, że medycyna długo nie była ostatecznym wyborem, jednak to nie sport stanowił najciekawszą alternatywę. Przez pewien czas myślałem m.in. o dziennikarstwie, napisałem nawet rozszerzoną maturę z języka polskiego, chociaż naukę kończyłem w klasie biologiczno‑chemicznej w LO im. Zamoyskiego w Lublinie. Praca sprawozdawcy sportowego wydawała się kuszącą opcją. Ostatecznie przeczucie, że świat medyczny to właściwa droga i najlepiej spełnię się w roli lekarza, zwyciężyło. Lubię wyzwania, ale chyba przede wszystkim kontakt z ludźmi.

  • Doświadcza Pan tego od niedawna – ale intensywnie. To jest to?

– Nie mam wątpliwości, że dziś wybrałbym podobnie. Moje pierwsze prawdziwe spotkanie z zawodem miało miejsce w czasie pandemii. Pracowałem w świeżo uruchomionym Szpitalu Tymczasowym, kiedy liczba chorych była naprawdę duża, a my o nowej chorobie wciąż wiedzieliśmy niewiele. To był trudny, wymagający czas, ale myślę, że było warto. Pamiętam sznur oczekujących karetek, przejętych sytuacją pacjentów i co tu kryć, również naszą niepewność. Dla mnie, osoby prosto po stażu podyplomowym, ta praca była prawdziwym skokiem na głęboką wodę. Bardzo mnie to doświadczenie zahartowało.

  • Widzę, że idzie Pan za ciosem?

– Rzeczywiście, teraz pracuję w Klinice Leczenia Chorób Zakaźnych w Instytucie Medycyny Wsi w Lublinie, nadal z pacjentami chorymi na COVID. W międzyczasie brałem też udział w akcji „Przystanek Szczepienie”, organizowanej wspólnie przez lubelskie uczelnie. Z chętnymi na szczepienie widzieliśmy się w Centrum Symulacji Medycznej regularnie przez kilka tygodni pod koniec zeszłego roku. Udało się zaszczepić wiele osób, z których każda mogła przyjść do naszego punktu z marszu, bez uprzedniego zapisywania się.

  • Czy w takim razie specjalizacja to będą choroby zakaźne?

– Nie chcę się jeszcze deklarować. Myślę coraz częściej o anestezjologii, ale wciąż daję sobie czas, bo uważam, że przed podjęciem tak ważnej decyzji powinienem spróbować różnych wariatów uprawiania zawodu. Wybór nie jest łatwy. W poprzednim roku byłem też instruktorem drużyn, startujących w zawodach symulacji medycznej, to także mnie fascynuje… Zbieram doświadczenie, a decyzja zapewne wkrótce przyjdzie.

  • Ukochana drużyna piłkarska?

– Od zawsze Real Madryt! Ale proszę nie pytać o ulubionego piłkarza. Nigdy nie miałem takich idoli. Pasjonuje mnie ten sport. Po prostu.