Piłka nożna wiele mnie nauczyła
Z Aleksandrem Sławińskim,
lekarzem z Oddziału Chorób Zakaźnych Instytutu Medycyny Wsi, który od dziecka gra w piłkę nożną,
rozmawia Anna Augustowska
[su_spacer size=”30″]
- „Od niedzieli do soboty ciągle tylko mecz, mecz, mecz…” – to słowa starej piosenki. U Pana było podobnie?
– Może nie aż tak, ale faktycznie piłka nożna miała i myślę, że wciąż ma spory wpływ na moje życie. W pewnym sensie nauczyła mnie samodzielności, odpowiedzialności i funkcjonowania w teamie. Na boisku jako drużyna mamy wspólny cel i żeby go osiągnąć każdy musi zaangażować się w stu procentach. Nie można odpuścić, bo na tym traci reszta kolegów. Uprawiając sport, poznajemy swoje mniejsze i większe słabości, potencjalne ograniczenia, a później krok po kroku znajdujemy sposób, żeby przesuwać granice. To ciekawa droga.

Ze szczególnym uśmiechem myślę o obozach sportowych. Z jednej strony otrzymaliśmy wtedy pierwszą poważniejszą lekcję samodzielności – codzienny rozruch o 7 rano, nauka dbania o sprzęt piłkarski, treningi często w mrozie i śniegu – a z drugiej, mieliśmy czas na nawiązanie relacji w drużynie. Może trudno uwierzyć, ale niektóre z tamtych znajomości trwają do dziś.
- Studia medyczne nie były przeszkodą w uprawianiu tego sportu?
– Wręcz przeciwnie. Jak się szybko okazało, sport i treningi były podczas tej drogi niezastąpione. Aby przygotować umysł na kolejne porcje wiedzy, regularnie ładowałem baterie na boisku, w czym pomagał mi AZS. Muszę przyznać, że rozstanie z sekcją po tych 6 latach zajęło mi chwilę – jeszcze w zeszłym roku jako lekarz stażysta brałem udział w zawodach. Wydawało się, że dopiero zacząłem przygodę z AZS‑em, a już czas było rozejrzeć się za kolejnym miejscem realizacji pasji. Całe szczęście w środowisku medycznym to żaden problem. Muszę przyznać, że lekarze naprawdę żyją sportem. Dowodem są Igrzyska Lekarskie i Mistrzostwa Polski, na których pojawiają się pasjonaci sportu w każdym wieku, nierzadko wraz z całymi rodzinami. W maju ub. roku graliśmy w turnieju piłki nożnej 6‑osobowej, który odbył się w Częstochowie i jako reprezentacja LIL wróciliśmy z brązowym medalem, a to tylko rozbudziło nasze apetyty przed kolejnymi zawodami.
- Zastanawiam się, dlaczego wybrał Pan medycynę a nie np. AWF?
– Przyznam, że medycyna długo nie była ostatecznym wyborem, jednak to nie sport stanowił najciekawszą alternatywę. Przez pewien czas myślałem m.in. o dziennikarstwie, napisałem nawet rozszerzoną maturę z języka polskiego, chociaż naukę kończyłem w klasie biologiczno‑chemicznej w LO im. Zamoyskiego w Lublinie. Praca sprawozdawcy sportowego wydawała się kuszącą opcją. Ostatecznie przeczucie, że świat medyczny to właściwa droga i najlepiej spełnię się w roli lekarza, zwyciężyło. Lubię wyzwania, ale chyba przede wszystkim kontakt z ludźmi.
- Doświadcza Pan tego od niedawna – ale intensywnie. To jest to?

- Widzę, że idzie Pan za ciosem?
– Rzeczywiście, teraz pracuję w Klinice Leczenia Chorób Zakaźnych w Instytucie Medycyny Wsi w Lublinie, nadal z pacjentami chorymi na COVID. W międzyczasie brałem też udział w akcji „Przystanek Szczepienie”, organizowanej wspólnie przez lubelskie uczelnie. Z chętnymi na szczepienie widzieliśmy się w Centrum Symulacji Medycznej regularnie przez kilka tygodni pod koniec zeszłego roku. Udało się zaszczepić wiele osób, z których każda mogła przyjść do naszego punktu z marszu, bez uprzedniego zapisywania się.
- Czy w takim razie specjalizacja to będą choroby zakaźne?
– Nie chcę się jeszcze deklarować. Myślę coraz częściej o anestezjologii, ale wciąż daję sobie czas, bo uważam, że przed podjęciem tak ważnej decyzji powinienem spróbować różnych wariatów uprawiania zawodu. Wybór nie jest łatwy. W poprzednim roku byłem też instruktorem drużyn, startujących w zawodach symulacji medycznej, to także mnie fascynuje… Zbieram doświadczenie, a decyzja zapewne wkrótce przyjdzie.
- Ukochana drużyna piłkarska?
– Od zawsze Real Madryt! Ale proszę nie pytać o ulubionego piłkarza. Nigdy nie miałem takich idoli. Pasjonuje mnie ten sport. Po prostu.
