Lekarz na drukarce, pacjent na ryzyku
W prawie jest tak, że rozwiązania nadzwyczajne często zostają z nami dłużej niż sama nadzwyczajność, która je usprawiedliwiała. W pandemii COVID-19 ustawodawca sięgnął po narzędzie wyjątkowe – uproszczone procedury dla lekarzy spoza Unii Europejskiej, tzw. warunkowe prawo wykonywania zawodu (wPWZ).
Dziś, cztery lata po wprowadzeniu tych przepisów, w gabinecie lekarskim może stanąć przed pacjentem osoba, której dyplom medyczny ma z medycyną wspólne tyle, co tytuł „dr” w adresie e-mail. Nie potrzeba nostryfikacji, egzaminu, sprawdzenia przez izbę lekarską. Wystarczy oświadczenie o znajomości języka polskiego – i to bez obowiązku weryfikacji. Jak celnie ujął Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej (NRL): „W Polsce lekarzem może zostać ktoś, kto ma sprawną drukarkę”.
Sytuację można by uznać za groteskową, gdyby nie dotyczyła zdrowia i życia ludzi. Wyobraźmy sobie, że podobną furtkę ustawodawca otworzyłby w innych zawodach zaufania publicznego: sędzia z dyplomem „Made in Word”, notariusz szkolony przez TikToka, radca prawny po kursie na YouTube. Absurd? A w medycynie – rzeczywistość.
Problem nie leży wyłącznie w dopuszczeniu do zawodu osób o niezweryfikowanych kompetencjach. Chodzi o to, że działają one poza samorządem lekarskim, nie obowiązuje ich Kodeks etyki lekarskiej, nie podlegają sądom lekarskim, a ich praca bywa pozbawiona realnego nadzoru merytorycznego. W tym układzie pacjent staje się – nie bójmy się tego słowa – testerem usług medycznych. Tyle że tu błąd może kosztować zdrowie, a nawet życie.
Środowisko lekarskie od lat apeluje o likwidację tych przepisów, a ustawodawca zdaje się ignorować ten postulat. Co więcej, w sierpniu 2025 r. Sejm przyjął ustawę zmieniającą m.in. przepisy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, zupełnie lekceważąc stanowisko NRL. Projekt ustawy nie trafił do NRL w ramach konsultacji publicznych, mimo że wprowadza zmiany w przepisach regulujących wykonywanie zawodu lekarza. Całość uchwalono w ekspresowym tempie i przekazano do Senatu, jakby była to poprawka nazwy ulicy, a nie regulacja decydująca o tym, kto może leczyć obywateli.
Prezydium NRL nazwało takie postępowanie absolutnie niedopuszczalnym i wprost określiło utrzymywanie uproszczonych trybów mianem skandalu. I trudno się dziwić. Jeżeli państwo dopuszcza do pracy w szpitalach osoby o niższych kwalifikacjach, nieznające wystarczająco języka polskiego, czasem też bez weryfikacji dyplomu, to bierze pełną odpowiedzialność za ewentualne konsekwencje.
To podręcznikowy przykład konfliktu między interesem publicznym a krótkoterminową wygodą administracji. Prawo stworzone w kryzysie powinno wygasnąć wraz z nim. Czy trzeba czekać na pierwszą głośną tragedię, by zmienić prawo? Czy ustawodawca reaguje tylko na krzyki mediów, a nie na merytoryczne stanowiska ekspertów? Oby nie było tak, że kiedy wreszcie nadejdą zmiany, pacjent – obywatel – będzie już tylko statystą w kolejnym raporcie o niepożądanych zdarzeniach medycznych. Bo można żartować z lekarza z drukarki. Można ironizować o dyplomach w PDF. Ale odpowiedzialność za życie pacjenta nigdy nie powinna być pisana czcionką Times New Roman na arkuszu bez pieczęci.
Ewa Urbanowicz
Radca prawny

