W kuchni nie używam wagi
z Mateuszem Szymańskim,
anestezjologiem, asystentem w Katedrze i Zakładzie Anatomii Prawidłowej Człowieka UM w Lublinie,
rozmawia Anna Augustowska
[su_spacer size=”30″]
- Bądźmy szczerzy – nieczęsto się zdarza, aby za upieczone w domu ciasto zapłacono ponad 200 zł. Panu to się udało – co to był za „tajemniczy wypiek”?

- Fama o urodzie i zniewalającym smaku Pańskich wypieków niesie się po uczelni od dawna – pieczenie ciast to pozazawodowa pasja?
– To chyba za dużo powiedziane – ale rzeczywiście przygotowuję słodkie wypieki na kiermasze charytatywne, które są organizowane przez Centrum Wolontariatu i cieszę się, kiedy są kupowane i smakują. Czy mam jakieś hity cukiernicze? Może nie hity, ale wymieniłbym klasyczną szarlotkę, kruche ciasto ze śliwkami, ciasto marchewkowe i sernik wiedeński, a także tort z prawdziwą masą z jaj ubijanych na parze. Generalnie stawiam na prostotę i jakość.
Ale szczerze mówiąc w kuchni znacznie bardziej interesuje mnie gotowanie różnych potraw. Ciasta piekę, ale tylko czasami i zwykle na ważne okazje. Ostatnio głównymi winowajcami moich cukierniczych przestępstw są studenci – nie wyobrażam sobie, że mógłbym im odmówić, skoro działają w szczytnym celu. Natomiast gotuję na co dzień i nie ukrywam, że bardzo to lubię. To dla mnie forma relaksu, zresetowania się po pracy w szpitalu i na uczelni.
- Codziennie dwa dania?
– Nie, nie – aż tyle czasu nie mam. Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, gotowałem zupę pomidorową, oczywiście z makaronem. Dzisiaj czeka na mnie zupa meksykańska, z czerwoną fasolą i papryką. Wspaniale rozgrzewa i dodaje energii w tak zimne dni jak dzisiejszy i stawia na nogi po dyżurze w szpitalu, z którego wracam. Poza tym domowe jedzenie, przygotowane z dobrych produktów – do czego przywiązuję ogromną wagę – buduje klimat domu, przyciąga przyjaciół i sąsiadów. Bardzo to lubię i ubolewam, że pandemia pozbawiła nas tej formy bycia z innymi. Bo przecież wspólne jedzenie to nie tylko „najadanie się”, ale też budowanie relacji.
- Ma Pan ulubionych kucharzy np. Roberta Makłowicza, Pascala czy Magdę Gessler?
– Nie mam. Inspiracje czerpię z kuchni mojego dzieciństwa, ale niekoniecznie tylko z kuchni Mamy, wręcz uważam, że ja gotuję całkiem inaczej. Nie mogę tu jednak nie wspomnieć o Pani Zosi, która jest sąsiadką moich rodziców i która pozwalała mi przesiadywać w swojej kuchni i podpatrywać, co i jak gotuje. Dzięki niej jeszcze w podstawówce upiekłem według Jej przepisu babkę z wiśniami. To był chyba mój pierwszy debiutancki wypiek. Do dzisiaj piekę tę babkę. Pani Zosia nadal jest moim autorytetem i czasami degustuje moje „dzieła”.
Generalnie lubię gotować „z głowy”, eksperymentować i rzadko trzymam się przepisów – w mojej kuchni nie mam nawet wagi.
- A co trzeba mieć zawsze w kuchni? Co decyduje o jej charakterze?
– Zioła! Ja mam je zawsze. Najlepiej, jak można mieć zioła w doniczkach i w ogrodzie – świeże, aromatyczne, o intensywnym smaku. One nadają naszym potrawom to coś. Poza tym dobrej jakości produkty. Jajka kupuję tylko od „szczęśliwych kur” z pewnego źródła, podobnie warzywa itd. Warto o to zadbać, bo tylko wtedy nawet proste dania mają doskonały smak. W mojej kuchni nigdy też nie brakuje miodu i wina – to naprawdę magiczne składniki…
- Pracuje Pan na bardzo trudnym oddziale intensywnej terapii dla pacjentów z Covid‑19 w szpitalu przy al. Kraśnickiej. Poza tym prowadzi Pan zajęcia ze studentami. Jak znaleźć czas na gotowanie?

Zawsze chciałem być lekarzem albo nauczycielem – nie wiem dlaczego, ale tak było. Los sprawił, że łączę obie te pasje. To prawdziwe szczęście. Mam tego świadomość i umiem docenić.
- I zawsze marzył Pan o anestezjologii?
– Na początku bardzo chciałem być chirurgiem. Tak było prawie przez całe studia. Dopiero pod koniec studiów i na stażu podyplomowym, kiedy trafiłem na OIT, coś się zmieniło. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Anestezjologia i intensywna terapia to moja pasja. Podobnie jak praca ze studentami. Zajęcia z anatomii prowadzę od 12 lat, zaczynałem oczywiście jako wolontariusz, i nigdy mnie to nie nudzi. Praca z młodymi ludźmi, którzy wybrali zawód lekarza to ogromna odpowiedzialność. Nie chodzi tylko o przekazanie wiedzy medycznej, ale też o coś więcej – wpojenie szacunku dla drugiego człowieka, dla pacjenta, który powierza nam swoje zdrowie i życie. I do swojego zawodu – bo nie ma nic gorszego niż lekarz, który przychodzi do pracy niejako „za karę”, jest niezadowolony i nie cieszy go to, co robi.
- Jest Pan pomysłodawcą i założycielem organizacji Młodzi Medycy – to chyba też klucz do tego, jak zdobyć autorytet wśród młodszych kolegów?
– Młodzi Medycy to dziś prężnie działająca organizacja, którą założyłem, kiedy sam byłem studentem, wtedy jeszcze jako Koło Naukowe. Myślę, że młodzi mogą w niej realizować wiele celów, m.in. także na rzecz mieszkańców Lublina: białe niedziele, uczestniczyć w festiwalu nauki, organizować akcje takie jak „Dotknij prawdziwego serca”, czy jak przed kilku laty, pobić rekord Guinnessa w mierzeniu ciśnienia tętniczego jak największej grupie osób. Wydaje mi się, że sukces Młodych Medyków to niezwykłe zaangażowanie studentów, ich kreatywność oraz interdyscyplinarność. Warto podkreślić, że organizacja ta skupia studentów różnych kierunków naszej Alma Mater.
- Trudno naszej rozmowy nie zakończyć powrotem do kuchni – co by Pan zaserwował np. na kolację grupy przyjaciół z okazji końca pandemii?
– Oby to mogło stać się jak najszybciej! Proponuję karpia z koglem‑moglem jako ciekawą przekąskę; tradycyjny polski żurek z białą kiełbasą oraz gulasz z chorizo i batatami. A na deser tort z wiśniami z syropu, oczywiście dobrze „nasączony”. W końcu to koniec pandemii, więc jest co świętować!
