Poniedziałek
Zaczynamy nowy tydzień jak zawsze z nadzieją, że będzie lepszy niż poprzedni. Na razie nie jest dobrze, zasypało tak, że już w nocy zastanawiałam się, jak dojadę do przychodni. Na szczęście się udało, chociaż nie było łatwo i wreszcie zrozumiałam, co to jest napęd na cztery koła.
W przychodni spokojnie, pacjentów chyba zasypało, telefony chyba też, bo prawie nie dzwonią. Co najważniejsze, dojechały też szczepionki na Covid. I jak tu się nie cieszyć? Z powodu szczepionek atmosfera napięta była już tydzień temu, kiedy niektóre przychodnie otrzymały informację, że dostawa szczepionek będzie przesunięta. Na samą myśl, że 30 osób po 80. roku życia trzeba poinformować o przełożeniu szczepienia dostawałam „globusa”. Spiskowe teorie, które krążą, są czasami zabawne, ale nie wtedy, kiedy trzeba je dementować. Rozmowy z seniorami są czasami bardzo rozczulające, ostatnio starszy pan się po szczepieniu popłakał. Myśleliśmy, że coś się stało, okazało się, że to z radości, bo wnuki wreszcie wejdą do domu a nie pomachają ze schodów, zostawiając zakupy. Jest nadzieja, że może Wielkanoc będzie można spędzić normalnie? Dla wielu osiemdziesięcio‑ i dziewięćdziesięciolatków mogą to być ostatnie święta (na pewno tego się boją), będąc „dla własnego dobra” w izolacji od roku.
Tymczasem Narodowy Program Szczepień idzie chyba najlepiej w Europie. Ile nas to kosztuje stresu na co dzień, wiemy tylko my. Nie wszystkie przychodnie POZ szczepią, niektórzy twierdzą, że nie mają warunków. Mnie nawet nie przyszło do głowy odsyłać swoich pacjentów „gdzieś”. Zadzwonił kolega, który nie szczepi, z pytaniem na kiedy można do nas umówić swoich pacjentów. Poprosiłam, aby zadzwonił po sylwestrze 2021/2022. Może wtedy coś będzie wolnego w grafiku. Było to trochę złośliwe, ale dlaczego moi pacjenci mają czekać, bo będą się szczepić ci od sąsiada? Niby każdy ma mieć równy dostęp, tak słyszałam w telewizji. Ale ja nie mam zamiaru szczepić „nie swoich” seniorów.
Przed chwilą miałam ciekawą rozmowę z panią doktor z SOR na Jaczewskiego w Lublinie. Byłam na wizycie domowej u pacjentki z podejrzeniem niedrożności jelit, bez możliwości ustalenia przyczyny na podstawie posiadanych badań, osoba niewychodząca z domu, z dolegliwościami bólowymi. Transport nie chce przewieźć do szpitala bez uzgodnienia miejsca (nie ustaliłam jeszcze na jakiej podstawie). Na oddziałach nikt nie odbiera telefonów, przynajmniej tych, które jesteśmy w stanie znaleźć. Dzwonimy na SOR, bo pacjentka na pewno nie może zostać w domu. Pani doktor oznajmia, że nic nie robimy w tym POZ, machamy nogą siedząc na krześle, ona nie widzi problemu z leczeniem niedrożności w domu. Wystarczy podłączyć kroplówkę z metaclopramidem i obserwować, można też zrobić zdjęcie przeglądowe jamy brzusznej (w domu u leżącego pacjenta?). Mnie takiego leczenia w domu pacjenta nie uczyli, ale może ja studiowałam inną medycynę, trochę czasu już minęło.
Udzieliłam dzisiaj ok. 30 porad (w tym wizyta domowa), wypisałam jakieś 30 recept na leki w chorobach przewlekłych, 3 wnioski do sanatorium (prawdopodobnie mają się otworzyć niebawem i pacjenci już potrzebują), 2 wnioski do orzekania o niepełnosprawności i chyba 3 na rentę. To teraz idę do domu posiedzieć na krześle i pomachać nogą. Jest też nadzieja, że przyjedzie do mnie moja dwumiesięczna wnuczka Zosia to wreszcie „pogadam” z kimś, kto mnie słucha i rozumie, co do niego mówię. Jutro też jest dzień, może będzie lepiej.
Wioletta Szafrańska‑Kocuń

