Kradnę czas, aby malować

Opublikowano: 29 stycznia, 2021Wydanie: Medicus (2021) 01-02/2021Dział: , , 5,8 min. czytania

Sandrą Sałek,
rezydentką VI roku z ginekologii i położnictwa w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Jana Pawła II w Zamościu, pasjonatką malarstwa,
rozmawia Anna Augustowska

[su_spacer size=”20″]
  • Talent malarski zawdzięcza się genom?

– W moim przypadku nie można chyba mówić o genach, bo nikt z moich bliskich: ani dziadkowie, ani rodzice, nie byli osobami, które zajmowały się pracami plastycznymi. Nie odziedziczyłam więc mojej pasji – po prostu była we mnie, w mojej wrażliwości, w sposobie widzenia świata. Mama chyba to czuła, bo od najmłodszych lat obie z siostrą (obecnie dentystką, też malującą) byłyśmy wręcz zasypywane malowankami, kredkami, farbami. To była zdecydowanie nasza najczęstsza zabawa, której oddawałyśmy się już wtedy z prawdziwą pasją. Uważam też, że sam talent nie wystarczy. Tylko 10 proc. sukcesu to talent, a 90 proc. to ciężka praca – podejmowanie kolejnych wyzwań, pomimo przeciwności losu i braku czasu, co jest podstawowym problemem przy takim zawodzie, jaki wybrałam. Ten „ukradziony” czas muszę wykorzystać jak najintensywniej, bo ciężko jest pogodzić dyżury, pracę w szpitalu oraz życie rodzinne z taką wymagającą pasją. Jednocześnie jest to najlepsza forma odreagowania stresu i trudów dnia codziennego.

  • Bardzo szybko zaczęła Pani malować farbami olejnymi. Skąd ten wybór?

– To „sprawka” naszej sąsiadki, która widząc jak bardzo lubię rysować, podsunęła mi ten pomysł. Pamiętam, że miałam 15 lat i zamiast kupić sobie spodnie i buty, wydałam wszystko na mój pierwszy zestaw do malowania farbami olejnymi. Tata pomógł mi zagruntować płótno, zrobił ramy… Dokupiłam też sobie książki z cyklu: „Jak malować…”, a także albumy z reprodukcjami ulubionych malarzy. I tak to się zaczęło i trwa… od 17 lat.

Farby olejne mają tę niepodważalną zaletę, że można poprzez nie stworzyć wrażenie warstwowości, dzięki nakładanym kolejnym warstwom obraz zdaje się być trójwymiarowy, farby nakładane szpachlą wręcz kipią kolorem i tchną w obraz życie. Kiedy maluję, na chwilę zapominam o wszystkim i przenoszę się myślami w ten baśniowy świat.

  • Szczerze mówiąc widząc Pani prace byłam pewna, że skończyła Pani liceum plastyczne?

– Jestem samoukiem. Nawet na żadne kursy się nie zapisywałam, poza jednym – to były warsztaty z rysunku ołówkiem. Chyba trochę z ciekawości tam poszłam, bo zawsze najbardziej lubiłam malowanie farbami olejnymi i tak jest do dzisiaj. Chociaż maluję też akrylem, czasem ołówkiem i pastelami. Akwarelę uważam za bardzo trudną, wymagającą technikę i jakoś mnie do niej nie ciągnie. Zdecydowanie farby olejne dają mi najwięcej możliwości.

  • Technika to jedno, a tematy prac?

– To w ogromnej większości reprodukcje moich ulubionych malarzy. Są to reprodukcje Gustava Klimta (jego „Pocałunek” malowałam wielokrotnie, m.in. na prezenty ślubne), Vincenta van Gogha i Claude’a Moneta, a także Józefa Mehoffera. To zapewne dość klasyczny zestaw, ale właśnie to malarstwo kocham najbardziej. Ważne, że te kopie to przede wszystkim moja interpretacja obrazów namalowanych przez tych mistrzów. Ostatnio zajmuję się też malarstwem nowoczesnym, abstrakcyjnym, między innymi ze względu na zainteresowanie klientów. Do moich ulubionych tematów należą pejzaże, kwiaty i natura. Często maluję na podstawie zdjęć, które robię w czasie wypraw w plener. Najczęściej w pobliżu mojej rodzinnej miejscowości Kamionki koło Kozłówki. Makowe pola, łąki, jeziora… Tam też, w domu moich rodziców, miałam pracownię (a teraz magazyn). To tu malowałam najczęściej i najwięcej, nawet w czasie studiów, kiedy przyjeżdżałam na wakacje i święta. To było jak powiew świeżego powietrza. Oddech od siedzenia na zajęciach. Relaks i najpiękniejsza forma odpoczynku. Oderwanie się od codzienności, co ma wspaniały wpływ na resztę życia. Otwierałam na oścież okna, w tle koncert Vivaldiego… A przede mną płótno…

  • Nie mogę nie zapytać więc – dlaczego medycyna, a nie studia na Akademii Sztuk Pięknych?

– Och, to proste – kocham malować, to pasja, ale nigdy nie myślałam o malarstwie jako sposobie na życie. Skończyłam liceum w klasie biologiczno‑chemicznej z myślą o studiach medycznych i tylko przez moment pojawiła się myśl o studiach na architekturze. Wybrałam medycynę, na co zapewne miała wpływ mama, która jest pielęgniarką i ja często towarzyszyłam jej w pracy. Tata też ma w tym swój udział, bo uczył w szkole nie tylko matematyki, ale też pierwszej pomocy przedmedycznej. Pamiętam takie zdarzenie, kiedy do przychodni, gdzie pracowała mama, trafił pacjent z odrąbanym niemal całkowicie palcem – nie zemdlałam na ten widok, wręcz przeciwnie z ciekawością śledziłam, jak był opatrywany, zrozumiałam też, że chcę pomagać ludziom. Już na studiach wybrałam ginekologię. Kocham mój zawód. Lubię kobiety i cieszę się, kiedy obdarzają mnie zaufaniem, przychodzą systematycznie, bo to dowód, że dobrze się nimi opiekuję. Poza tym ginekologia daje szeroki wachlarz możliwości wyboru dalszej ścieżki rozwoju: praca w szpitalu, zabiegi operacyjne, blok porodowy, praca w poradni ginekologicznej, prowadzenie ciąży. Do kobiety jako pacjentki staram się zawsze podchodzić indywidualnie, ponieważ liczy się nie tylko ciało, ale i dusza, i to co ma do powiedzenia. Bardzo interesuję się endokrynologią ginekologiczną, także ginekologią dziecięcą Niewykluczone, że w przyszłości rozwinę te zainteresowania. Teraz kończę już rezydenturę, przede mną egzamin specjalizacyjny, który trochę musiałam przesunąć, bo właśnie po raz drugi zostałam mamą.

  • Pani prace można oglądać w Internecie, ale chyba żal, że pandemia odebrała nam szansę na bezpośredni kontakt?

– Na pewno tak. Inaczej odbiera się prace stojąc przed nimi, a inaczej zerkając w komputer, ale… pandemia minie i mam nadzieję wrócimy do tradycyjnych form kontaktu. Do tej pory miałam kilka wystaw m.in. w bibliotece w Kamionce oraz w Młodzieżowym Domu Kultury w Lublinie. Jedną z najważniejszych była wystawa w Chatce Żaka – byłam na V roku studiów. Na ten wernisaż przyszli moi bliscy i koledzy z roku, a także mój przyszły mąż. To tego dnia staliśmy się parą. Pierwszy raz się pocałowaliśmy… Teraz od kilku lat mieszkamy i pracujemy w Zamościu i to tu miałam też moją ostatnią wystawę w Morandówce – „Zabawy sztuką”.

  • Pani starsza córeczka z zapałem rysuje, może więc jest coś z tym genami?

– Zobaczymy! Nie wiem, czy zostanie medyczką po mamie albo farmaceutką po tacie – niewykluczone, że wybierze malarstwo. Kto wie? Najważniejsze, aby praca dawała jej radość i satysfakcję.