O szkodliwości ladajakiego lekarzenia

Opublikowano: 8 kwietnia, 2025Wydanie: Medicus (2025) 04/2025Dział: 8 min. czytania

Weryfikowane co rok spisy lekarzy i chirurgów. Recepty opatrzone nazwiskiem pacjenta, datą wystawienia i wyraźnym podpisem lekarza. Takie pomysły miał medyk żyjący na przełomie XVIII i XIX w. W czasach internetowych uzdrowicieli ordynujących maści z muchomora, zagranicznych dyplomów i spornych terapii przypominamy postać doktora, który już w 1816 r. był niczym izba lekarska. Walczył z partaczami w imię zaufania do osoby lekarskiej i nauki.

„Fuszerstwo lekarskie doszło u nas do tego stopnia, że wiele osób nie zdoła między najlepszym lekarzem a najgorszym partaczem uczynić różnicy. Fuszery więcej częstokroć chorych odwiedzają, niżeli godniejsi lekarze” – zaczyna swoją książkę doktor Adam Antoni Rudnicki. Zaniepokojony takim stanem rzeczy, stara się uświadomić czytelnikom, na jakie niebezpieczeństwa się narażają, korzystając z porad partaczy.

Fuszery z dobrego serca

Już sam tytuł publikacji, wydanej nakładem autora, wskazuje na odległy czas jej powstania: O fuszerstwie lekarskiem, czyli fałszywych lekarzach i smutnym ich wpływie na społeczeństwo: jakoteż o środkach zachowania Kraiu nadal od szkodliwości ladaiakiego lekarzenia.

Rozprawa trafiła na rynek w 1816 r. Wówczas 31-letni doktor Adam Antoni Rudnicki musiał być szczególnie zaangażowany w sprawy zawodowe i społeczne, że zajął się takim tematem. Przez kilka lat był profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W czasie gdy wydał książkę o fuszerstwie, czwarty rok pracował w warszawskich szpitalach.

Medyk, żyjący na przełomie XVIII i XIX w., fuszerami nazywa osoby bez wykształcenia medycznego albo z wykształceniem słabym, które mimo to udzielały porad i ordynowały leki oraz terapie. Jedni pobierali za to opłaty, inni partaczyli z dobrego serca.

Lista owych partaczy była wówczas spora i dziś czyta się ją z niedowierzaniem. Choć pewnie osoby biegłe w historii medycyny wiedzą, że leczeniem wywichniętych i złamanych kości zajmowali się… kaci. Jak można przewidywać, skutki bywały opłakane, gdyż ci ludzie nie znali anatomii ani narzędzi, ani procedur stosowanych przez ówczesnych chirurgów.

Na pierwszym miejscu doktor Rudnicki wymienia jednak księży plebanów i „różne matrony”. Ludzie ci najczęściej kierowali się chęcią pomocy i – jak przyznaje autor – niekiedy czytali książki lekarskie. Lecz takie, które „pospolicie traktują o medycynie popularnej”. Cieszący się zaufaniem włościan i biedoty księża czy poważane w swoim środowisku kobiety – zdaniem Rudnickiego – mają jedynie powierzchowne wyobrażenie o chorobach, a w nagłych przypadkach podają pierwsze lepsze lekarstwo.

Bez małżeńskiego obcowania

Kolejni w gronie partaczy to golibrody. Najczęściej pochodzili z biednych rodzin, więc nie mieli szansy na wykształcenie ani wychowanie. Terminowali jedynie u cyrulików, ucząc się, oprócz golenia brody, czynności, których dziś u fryzjera byśmy się nie spodziewali: upuszczania krwi, wyrywania zębów i robienia lewatywy.

„Najwyższą umiejętnością w sztuce lekarskiej u ludzi tego rodzaju to tylko znajomość nazwisk niektórych chorób” – ocenia A. A. Rudnicki, od którego dostaje się też akuszerkom. Doktor przytacza historię jednej z krakowskich. Kobieta miała oferować pigułki na każdy rodzaj bezpłodności. Miały „upłodnić” pacjentki tak, że mogły się obejść bez małżeńskiego obcowania. Autor rozprawy wylicza też metody diagnostyczne stosowane przez włościan, którzy leczyli swoich pacjentów jedynie na podstawie wyglądu uryny albo stawiali diagnozę po obwąchaniu koszuli chorego. Chorego nie musieli widzieć. Ordynowali odwar z perzu, kąpiel w rumianku i słomie lub stosowanie balsamu z: piwa, masła oraz oleju lnianego.

Pod maską ratowania chorych

Nie wiadomo, czy doktor Rudnicki koloryzował dla wzmocnienia efektu, ale niesamowicie brzmi opisana historia chłopa, który uzdrawiał. Włościanin był swego czasu parobkiem u chirurga i na tej podstawie uważał się za medyka. W ramach terapii jakąś żrącą substancją obłożył „pierś skirowatą” pacjentki. Kobieta nie przeżyła zabiegu, bo pierś odpadła.

Adam Antoni Rudnicki pisze też o lekach zwanych heroicznymi, gdyż działają gwałtownie. Szarlatani przypisują je cierpiącym bez względu na przypadłość. Te specyfiki to np.: arszenik, przekwaszony solan rtęci (żywego srebra), ałun, mlecznik zwany psim mlekiem.

„Nimi wygubią fuszery pod maską ratowania chorych, daleko więcej ludzi, niżeli wszystkie choroby sprzątać zwykły” – szacuje fałszywych lekarzy autor rozprawy. I nie może zrozumieć osoby, która nie odda zegarka do naprawy komuś, kto nie spędził kilku lat nad poznaniem budowy czasomierzy, ale która odda swoje zdrowie w ręce fuszerów.

Stara jak plac Litewski

Matrony ordynujące arszenik, kaci nastawiający złamane ręce i nogi, archaiczny, choć bardzo literacki język rozprawy. Wszystko to uświadamia, jak wiele lat temu warszawski chirurg napisał swoją książkę.

Czy była do kupienia w Lublinie, w którym wówczas powstawało Krakowskie Przedmieście, wytyczano plac Litewski, a fara św. Michała stała w najlepsze? Możliwe. Środowisko lekarskie istniało, choć na założenie towarzystwa trzeba było czekać… ponad pół wieku. Problemy z partaczami nie były tylko warszawskie czy krakowskie.

Współczesny czytelnik doceni konstrukcję XIX-wiecznej publikacji.

W jednym z rozdziałów lekarz przytacza opinie broniące fuszerów i się z nimi bezlitośnie rozprawia. Nie unika nawet zarzutów, że osoby lekarskie chcą się pozbyć fuszerów, bo im psują interes i zabierają pacjentów. Wygląda to jak świetnie znane nam ze stron internetowych zakładki: najczęściej zadawane pytania.

Szpitale przyszłości z konduktorem

W ogóle doktor Rudnicki wyprzedzał swoje czasy. Z punktu widzenia współczesnej ochrony zdrowia ciekawy może być jego „Projekt organizacyi szpitalów cywilnych w Królestwie Polskim, a mianowicie w mieście stołecznym Warszawie”, który ukazał się w 1830 r., kilkanaście lat po publikacji O fuszerstwie lekarskiem. Także nakładem lekarza.

Pobieżna lektura daje pojęcie o autorskiej rzetelności – mamy tam kilkustronicową bibliografię zagranicznych prac dotyczących zagadnień szpitalnictwa. A pojęcie o tym, co się wówczas działo w szpitalach Warszawy, daje informacja, że wszystkie cywilne placówki razem mogły przyjąć najwyżej 600 chorych. Faktycznie miały… 1301 pacjentów. Latem. Jesienią i zimą więcej. Nic dziwnego, że doktor Rudnicki postulował pilną potrzebę budowy szpitala „wenerycznych i świerzbowatych, tudzież dla rzemieślników i służących po 400 łóżek każdy”.

Przypominał też ówczesnym decydentom, że szpital trzeba stawiać „zewnątrz miasta, na otwartym, nieco wzniesionym i suchym miejscu, w bliskości czystej i bieżącej wody, a w oddaleniu od bagien i wód stojących”, by zapobiegać „wyradzania się szkorbutu i zgniłej gorączki”. I dawał zupełnie drobiazgowe wskazówki, by dom szpitalny był „zaopatrzony konduktorami, czyli przewodnikami od piorunu”.

Nie ma zbyt wielu informacji biograficznych o doktorze Rudnickim herbu Rudziec. Wiadomo, że urodził się w 1785 r., najprawdopodobniej w Warszawie. W Warszawie w 1838 r. zmarł i został pochowany na Powązkach. Łączył zawód lekarza chirurga z weterynarią, brał udział w powstaniu.

Na szczęście przedstawił się na karcie tytułowej projektu szpitalnego jako: radca referent lekarski w Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji Królestwa Polskiego, członek Rady Ogólnej Lekarskiej Krajowej, naczelnik Szkoły Weterynarii, członek Towarzystw Naukowych w Krakowie, Kopenhadze i Warszawie, doktor medycyny i chirurgii, profesor okulistyki, dentystyki i chirurgii teoretyczno-praktycznej w UJ, lekarz sztabowy w Wojsku Polskim.

Spisy i recepty

Wróćmy do szarlatanów. Czy autor wskazuje jakieś rozwiązania, które by zmieniły sytuację pacjentów i ograniczyły działalność fuszerów? Owszem.

Dwieście lat temu Rudnicki uważał, że powinny powstać spisy, dokładne, imienne listy osób trudniących się leczeniem i lekarstwami.

Powinny być one drukowane i co roku weryfikowane. Listy praktykujących w okolicy osób lekarskich i chirurgów miały być dostępne w aptekach. To rozgraniczenie dziś wydaje się dziwne, wówczas chirurg zajmował się np. nastawianiem kończyn, operował złamania, ale nie wypowiadał się w sprawie chorób wewnętrznych ani nie udzielał takim pacjentom porad.

Aptekarze – według pomysłu A.A. Rudnickiego – mieli mieć także spisy prawdziwych lekarzy z wzorem podpisu, by fałszerze nie mogli wypisać recepty, sygnując cudzym nazwiskiem. A takie praktyki miały wówczas miejsce. Chciał, by rząd zobligował osoby lekarskie i chirurgów do tego, by wyraźnie podpisywali się na receptach i dołączali: swój tytuł akademicki, datę i nazwisko pacjenta. Na aptekarzach miał ciążyć obowiązek realizowania jedynie tak oznaczonych.

Sugerował kary finansowe dla partaczy. Złapani na recydywie – mieli iść do więzienia. Cudzoziemcom groziła deportacja z kraju. Gdyby wrócili, mieli być traktowani jak włóczędzy.

Według autora raportu rząd powinien tak zorganizować szpitalnictwo, by każda biedna osoba znalazła pomoc i opiekę w takiej placówce.

Doktor zmarł, mając 53 lata. Pewnie byłby zadowolony, że jego pionierskie rozwiązania stosują kolejne pokolenia. Pewnie by się zdziwił, ilu lat na to potrzebowano.

Janka Kowalska

 

P.S. Oprócz historycznej wiedzy specjalistycznej, teksty warszawskiego lekarza przywołują dawną polszczyznę. Często stosował obecny znów w języku zwrot „osoba lekarska”, wskazując profesjonalistę. Użyte w tytule określenie „ladajakie lekarzenie” przywołuje cytat z bajki La Fontaine’a: „Lepszy na wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”. Bez względu na pisownię wyraz „lada” znaczy: byle. Doktor pisał o byle jakim lekarzeniu.

Fot. Polona.pl