Praca w zespole ma olbrzymią moc
z Maciejem Szajnerem,
neuroradiologiem z Zakładu Radiologii Zabiegowej i Neuroradiologii PSK 4 w Lublinie, członkiem zarządu European Society of Minimally Invasive Neurological Therapy,
rozmawia Anna Augustowska
[su_spacer size=”30″]
- Uczestniczyłeś w bardzo ryzykownej i wymagającej udziału wielu lekarzy 21-godzinnej operacji 14‑letniego chłopca, która odbyła się w gdańskim szpitalu im. Kopernika. Rozmawiamy, kiedy już wiadomo, że zabieg się powiódł, ale na początku była diagnoza?
– Rzeczywiście była trudna, ale jeszcze trudniejsza była decyzja o zaplanowaniu i podjęciu leczenia. I to na tyle, że szpitale w Polsce, do których po pomoc zwracali się rodzice Łukasza, nie decydowały się na podjęcie tego wyzwania i terapię u młodego pacjenta, chociaż jego stan kliniczny pogarszał się dramatycznie szybko.
- A konkretnie, co się działo?
– Zaczęło się od zgrubienia na szyi, guza, który nagle pojawił się u tego zdrowego i młodego chłopca. To był nowotwór kości. Tego typu guzy rozpoznawane są w Polsce zaledwie u kilkunastu osób rocznie. Na ogół są małe, wielkości ok. dwóch centymetrów, choć dają silne objawy bólowe. Guz Łukasza miał aż 20 cm, powiększał się i wyrastał z kręgosłupa. Pierwsza próba wycięcia nie powiodła się, bo w czasie zabiegu guz zaczął bardzo mocno krwawić. Zdecydowano więc, by zastosować chemioterapię, aby zmniejszyć jego rozmiary i spowolnić wzrost, i dopiero wtedy wykonać operację. Jednak nie dało to spodziewanych rezultatów. Guz nadal powiększał się i coraz mocniej uciskał na gardło i krtań. Operacja stawała się koniecznością, jednak w zastanym stanie klinicznym i anatomicznym właściwie nie dawała nadziei na wyzdrowienie.
- Jednak znalazł się szpital, który się na to zdecydował?
– Mimo otrzymanych niepomyślnych wiadomości, rodzice Łukasza nie poddawali się i trafili wreszcie do Gdańska, do szpitala im. Kopernika. Tamtejszy zespół neurochirurgów, kierowany przez prof. Wojciecha Kloca, podjął wyzwanie. Powtórka operacji w starym stylu nie wchodziła w rachubę, zmiana była bogato unaczyniona. Należało przedtem radykalnie zmniejszyć ryzyko utraty krwi poprzez wyłączenia z krążenia jednej z tętnic kręgowych, tej od strony guza. By bezpiecznie osiągnąć cel, należało zabieg dobrze zaplanować, cały czas monitorować neurologicznie chorego, oraz prosto z jednej sali operacyjnej przetransportować chorego do następnej, by z miejsca kontynuować operację neurochirurgicznej resekcji. Cała akcja wymagała zgrania w czasie, precyzji i skupienia, mając na uwadze osiągnięcie dobrego wyniku.
- Znalazłeś się w tym zespole. Na czym polegała Twoja rola?
– Może zacznę od tego, że neurochirurg prof. Kloc, który podjął się leczenia chłopca, zdecydował o tym, że operacja wymaga udziału lekarzy z innych specjalności i zaczął takich szukać. W tym zespole mieli znaleźć się najlepsi fachowcy w swoich specjalnościach, którzy podejmą się próby leczenia. Zostałem poproszony o skonsultowanie pacjenta. Nie kryłem obaw, dotyczących logistyki całej procedury. Bardzo dobre zrozumienie problemu klinicznego i technicznego zarazem pozwoliło na ustalenie kolejności działań i wybranie świetnych specjalistów w swoich dziedzinach: anestezjologa, neurologa, neurochirurga. Moje zadanie polegało na stopniowym, monitorowanym przez neurologów, zamykaniu poszczególnych naczyń zaopatrujących guz, tak by w końcu zamknąć główny pień tętnicy kręgowej. Nie można było jej oszczędzić ze względu na masywny przerost przez guz. Tętnica musiała być usunięta wraz z guzem, więc chodziło o kontrolowane zamknięcie naczyń obwodowych, jak i celowane, miejscowe, tętnicy kręgowej, trudne technicznie do wykonania. Procedura trwała ok. 2 godzin, wymagała całkowitego skupienia, a ponieważ była ryzykowna to przez to również wyjątkowo męcząca. Kolejnym etapem była resekcja guza, wybitnie trudna technicznie i żmudna, przeprowadzona przez zespół prof. Kloca. W zabiegu uczestniczył też prof. Jan Rogowski, doskonały kardiochirurg z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, mającego doświadczenie w operacjach na naczyniach w obrębie szyi.
- Operacja odbyła się w październiku i trwała 21 godzin – a w grudniu, dokładnie w Wigilię, przyszła wspaniała wiadomość…
– Tak – dla mnie to piękny wigilijny prezent. Dostałem informację, że Łukasz chodzi samodzielnie! Nawet po schodach. Cieszę się niezwykle, bo wiem z jak wielkim ryzykiem wiązał się ten zabieg, w czasie którego mogło dojść do znacznego zmniejszenia ukrwienia mózgu lub rdzenia kręgowego i uszkodzenia dróg i ośrodków nerwowych, co mogło doprowadzić do przejściowego lub nieodwracalnego uszkodzenia ich funkcji: czyli do niedowładu lub porażenia kończyn, zaburzeń czucia, mowy i oddychania. Wysoce prawdopodobna była też możliwość uszkodzenia jednego z nerwów kontrolujących przeponę. Jednym słowem, planowaliśmy tę multidyscyplinarną akcję przewidując przeszkody i unikając potencjalnych zagrożeń, wierząc w dobry ostateczny wynik, który pojawił się po miesiącach walki chłopca o sprawność. Cała ta historia to dowód na niezwykłą zupełnie siłę rodziców, którzy nigdy się nie poddali mimo tragicznych przewidywań, siłę młodego Łukasza, któremu przez miesiące narastającego kalectwa nawet przez chwilę w głowie nie zaświtała myśl o kapitulacji, co udowodnił sam. A na koniec, stwierdzenie, że praca w zespole to olbrzymia moc, cele stają się osiągalne, niby banał, ale nie zdarza się często, no i szkoda, że nie mogę tak działać w moim mieście. Taki klimat, a można byłoby zrobić dużo dobrego.
[su_note note_color=”#f8f8f8″ text_color=”#000000″ radius=”0″]Operacja składała się z trzech etapów: embolizacji guza, którą wykonał prof. Maciej Szajner. Dzięki temu guz został pozbawiony dopływu krwi. Drugi etap przeprowadzili wspólnie dr Wojciech Wasilewski oraz prof. Jan Rogowski. Odpreparowali guz od tkanek miękkich szyi, mięśni, nerwów, dużych naczyń krwionośnych, przełyku i tchawicy. Ostatni etap polegał na usunięciu za pomocą aspiratora ultradźwiękowego guza a następnie trzech trzonów kręgosłupa – trzeciego, czwartego i piątego, które trzeba było zastąpić ich odpowiednimi implantami. Następnie wszczepiono Łukaszowi protezę tytanową w celu odbudowy kręgosłupa szyjnego. Guz był bardzo twardy i trzeba było używać specjalnych pił mechanicznych i ultradźwiękowych, żeby kawałek po kawałku go usunąć. Łukasz mieszka kilkanaście kilometrów od Łodzi.[/su_note]
