Sóweczka o cytrynowych oczach

Opublikowano: 4 listopada, 2025Wydanie: Medicus (2025) 11/2025Dział: 10,2 min. czytania

Z Markiem Roszkowiczem, lekarzem stomatologiem, specjalistą chirurgii stomatologicznej i fotografem dzikiej przyrody, rozmawia Anna Augustowska.

 Właśnie wrócił Pan z fotograficznych łowów w Bieszczadach – udały się?

Ach, Bieszczady… Jedno z ostatnich miejsc w Polsce, gdzie wilki, niedźwiedzie i wiatr mają więcej do powiedzenia niż ludzie, choć i to się niestety zmienia. Tam, gdzie ludzi mało, tam znacznie łatwiej o spotkanie ze zwierzęciem. Byłem w okolicach Doliny Górnego Sanu. To częściowo obszar Bieszczadzkiego Parku Narodowego i teren położony przy samej granicy z Ukrainą. San jest tutaj na odcinku kilkudziesięciu kilometrów rzeką graniczną.

Piękne, dzikie miejsce, gdzie migracja zwierząt nie jest w sposób sztuczny ograniczona, tak jak jest to na Podlasiu, gdzie pojawił się słynny płot graniczny na granicy z Białorusią.

Pyta Pani o spotkania…. Było ich mnóstwo. Niedźwiedzia nie spotkałem i nie jestem do końca pewien, czy chciałbym. Dusza by chciała, rozum podpowiada co innego. Ale jego tropy widziałem pięknie zachowane w błotnistych, bieszczadzkich drogach. Z tego wyjazdu najbardziej cenię sobie spotkanie z sóweczką, ptakiem o pięknych, cytrynowych oczach.

To nasza najmniejsza sowa, jest ciut mniejsza od szpaka i mieści się w jednej dłoni. Z reguły łatwiej ją usłyszeć niż zobaczyć. Zawsze marzyłem o spotkaniu tego uroczego stworzenia i w tym roku się udało.

 Fotografuje Pan dzikie zwierzęta od wielu lat. Trudno nie zapytać, skąd ta pasja?

Fotografią stricte przyrodniczą zajmuję się od ok. 20 lat. Wcześniej dość długo szukałem swojej drogi fotograficznej. Była i fotografia krajobrazowa, i fotografia architektury, ale to wciąż nie było to.

Zaczęło się w bardzo wczesnym dzieciństwie. I początkowo była to fascynacja nie tyle fotografią, ile samym aparatem fotograficznym, tajemniczym urządzeniem z ogromną ilością jakichś literek, cyferek, pokręteł itp. W moim domu rodzinnym był aparat radzieckiej produkcji Zorki 3, który co jakiś czas rozbudzał moją wyobraźnię.

Ale początki obcowania ze sztuką jako taką to doświadczenia zbierane podczas zajęć w ognisku plastycznym Młodzieżowego Domu Kultury w Radomiu. Tam co prawda nie zetknąłem się z fotografią, nawet nie wiem, czy była taka sekcja, ale poznawałem różne metody malarskie, linorytnicze itp. Wspominam o tym dlatego, że miało to swoje konsekwencje dla późniejszego rozwoju fotograficznego. Zdarzyło się bowiem, że biorąc udział w jakimś konkursie plastycznym, zostałem jednym z jego laureatów i w nagrodę otrzymałem… aparat fotograficzny. Była to oczywiście radziecka konstrukcja, aparat średnioformatowy LOMO, jeszcze bardziej tajemniczy od Zorki 3 :. Eksploatacja tego sprzętu okazała się bardzo kłopotliwa, ilość materiałów światłoczułych bardzo ograniczona, więc i to nie był przełom. Potem stałem się właścicielem poczciwej Smeny, która zamiast cyferek miała na korpusie wymalowane chmurki i słoneczka, więc dzieciakowi łatwiej było to opanować i wykonać poprawną ekspozycyjnie fotografię. Tak czy inaczej jestem fotograficznym samoukiem.

Pierwszy zwierzak? Hm… To chyba były nasze domowe psy.

Ale pierwszą fotografię dziko żyjącego zwierzęcia zrobiłem ok. 25 lat temu. I ta fotografia pojawiła się na lubelskim wernisażu. Była to maleńka, młodziutka sarenka, nie wyższa niż otaczające ją trawy, patrząca swoimi pięknymi, czarnymi oczami prosto w obiektyw mojego aparatu. Dzikie zwierzę podeszło do mnie na odległość kilkudziesięciu centymetrów. To było coś! Do dziś czuję te emocje. Mam ogromny sentyment do tego zdjęcia.

 Na początku września w LIL odbył się wernisaż Pana niezwykle pięknej wystawy pt. „Leśne spotkania – ars patientiae”, która tak bardzo urzekła wszystkich obecnych, że podjęto decyzję o wykorzystaniu tych zdjęć w noworocznym kalendarzu dla członków LIL – jak Panu udaje się nie tylko wypatrzeć, ale też nawiązać kontakt z fotografowanym zwierzakiem?

Tak, wernisaż mojej pierwszej w życiu indywidualnej wystawy zdjęć odbył się z inicjatywy dr. Dariusza Hankiewicza. Jest mi niezmiernie miło, że moje fotografie będą przez okrągły rok cieszyć oczy moich Koleżanek i Kolegów z LIL. I bardzo dziękuję za to wyróżnienie.

Pyta Pani, co jest potrzebne, żeby zajmować się taką dziedziną fotografii. Cierpliwość to jedno, ale równie ważne są upór i konsekwencja. I na pewno sporo czasu.

Po pierwsze należy dopasować swój grafik do rytmu życia przyrody. I to chyba jest największe wyzwanie, bo oznacza bardzo wczesne wstawanie, często w środku nocy i wyruszanie w plener. Plus jest taki, że wtedy nie ma korków w mieście. Plusem jest też to, że poranki są absolutnie magiczne. Poranne mgły, subtelne światło, zapierające dech wschody słońca, budząca się do życia przyroda… to magia, której nie da się zapomnieć. Jeden z buddyjskich lamów powiedział kiedyś: „Pozwól pierwszym promieniom słońca muskać skórę twojej twarzy, a poczujesz, że żyjesz. I nie sposób odmówić mu racji. Są też wieczory, bo wtedy przyroda na chwilę ożywa, ale z mojego punktu widzenia nigdy nie są one tak spektakularne jak poranki.

Instynkt tropiciela, łowcy. Umiejętność wyszukania czasem bardzo subtelnych śladów bytowania zwierzęcia w danym środowisku. A zatem wiedza! O gatunku, o jego zachowaniach, o zwyczajach. Proszę pamiętać, że zwierzęta są jak ludzie (choć w miarę nabywania doświadczenia dochodzę do wniosku, że to ludzie jak zwierzęta, w końcu jesteśmy, czy tego chcemy czy nie, przedstawicielami świata zwierzęcego), mają swoje ulubione miejsca, do których przychodzą, ulubione ścieżki, po których wędrują, ulubione drzewa, na których siadają, czy nawet ulubione gałęzie. Obserwacja to podstawa. Dopiero potem warto usiąść z aparatem. Wtedy zwiększamy swoje szanse na udaną sesję fotograficzną. Czasem przygotowania do fotografowania jakiegoś gatunku rozpoczynają się kilka tygodni albo miesięcy wcześniej.

Wędrowanie z ciężkim sprzętem fotograficznym przez trudno dostępne leśne czy bagienne tereny jest raczej skazane na porażkę. Zwierzaki i tak nas najpierw usłyszą, zobaczą, wyczują i… uciekną. Tu pod względem skuteczności naszych zmysłów zupełnie leżymy jako ludzie. A zatem trzeba przechytrzyć naturę, znaleźć na nią sposób. I jak widać po fotografiach, udaje się to zrobić, choć wymaga to czasem sporego wysiłku i kreatywności.

Porażka jest na stałe wpisana w ten rodzaj działalności fotograficznej. A zatem umiejętność radzenia sobie z porażkami i konsekwencja w działaniu. Często wielokrotne powracanie w te same miejsca przynosi zamierzony efekt.

I jeszcze słuch. Paradoksalnie to chyba zmysł, z którego najczęściej korzystam podczas swoich fotograficznych łowów.

To niewiarygodne, ale przy odrobinie treningu można mnóstwo usłyszeć. Różne ptasie odgłosy, tu kłania się umiejętność rozpoznawania ptasich treli, które często wiele mówią o zachowaniu zwierząt. Albo baraszkujące gryzonie czy wędrujące po suchych liściach zastępy mrówek. To wszystko da się usłyszeć! A jak usłyszysz, to już wiesz i wyprzedzasz ciąg zdarzeń. W przyrodzie wiele zjawisk odbywa się tak szybko, że trzeba wyprzedzić bieg zdarzeń, żeby mieć szansę na zarejestrowanie tego aparatem.

No i jeszcze odrobina szczęścia. To też przydaje się w plenerze.

 Ulubione miejsca, gdzie najczęściej szuka Pan bohaterów swoich zdjęć?

Cóż… wiele zdjęć powstaje bardzo niedaleko domu, w moim przypadku jest to Puszcza Kozienicka. Nie trzeba od razu wybierać się za koło podbiegunowe czy na afrykańskie safari, żeby wykonać ciekawe, czasem nagradzane na konkursach fotograficznych zdjęcie. Przyroda jest wszędzie. Trzeba tylko umieć ją dostrzec. I poświęcić trochę czasu na to, żeby oswoiła się z naszą obecnością i pozwoliła się sfotografować. Proponuję czytelnikom zrobić sobie eksperyment podczas najbliższej wycieczki do lasu. Usiąść cichutko na godzinę, dwie w jakimś ciekawym miejscu i tylko obserwować, i słuchać. Za chwilę okaże się, że przyleci do nas jeden ptak, drugi, przyjdą wiewiórka czy jeż, by z ciekawością nam się przyjrzeć. W końcu jesteśmy gośćmi w ich domu. Z czasem przyroda otuli nas jak ciepły koc. Obiecuję!

Oczywiście dalsze kierunki też lubię. Bardzo lubię: Suwalszczyznę, okolice Białowieży, Puszczę Augustowską, bagna biebrzańskie, ale także Roztocze czy Bieszczady. To jeszcze nie są tak silnie zurbanizowane tereny i przyroda jeszcze tam oddycha, choć i w tamtych miejscach od lat zachodzą nieodwracalne zmiany. Z sentymentem oglądam stare albumy fotograficzne, dokumentujące świat, którego już niestety nie ma. Ale jeszcze przy odrobinie cierpliwości i szczęścia można odnaleźć miejsca, w których czas się zatrzymał.

 Zwierzak, którego wciąż jeszcze Pan nie sfotografował – jest taki?

Jest takich mnóstwo! I nie łudzę się, że uda się je wszystkie uwiecznić na papierze fotograficznym. Ale póki zdrowie pozwala, będę próbował i dążył do kolejnych spotkań z tymi, którzy wspólnie z nami zamieszkują ten fragment skały pędzącej gdzieś w kosmiczną otchłań. Gatunkiem polskiej fauny, którego nie udało mi się nawet zaobserwować w naturze, nie mówiąc już o zrobieniu zdjęcia, jest leśny kurak głuszec i największy dziki europejski kot, czyli ryś. Niezwykle rzadko spotykane i bardzo skryte zwierzęta, objęte ścisłą ochroną gatunkową ze względu na bardzo niewielką populację. Ale jestem na tropie… Najważniejsze żeby gonić króliczka…

A poza granicami kraju to norweskie woły piżmowe, renifery, arktyczne ptactwo i niedźwiedzie polarne. Lubię surowe klimaty dalekiej północy.

 Jak Pan godzi pracę lekarza stomatologa z tą wymagającą czasu pasją – skąd pomysł na bycie stomatologiem, może były inne plany, np. zoologia?

Idea pozostania lekarzem, niekoniecznie stomatologiem, tkwiła we mnie od najmłodszych lat. Nie miałem w rodzinie żadnych lekarskich tradycji, ale koncepcja skutecznej pomocy drugiemu człowiekowi zawsze była mi bliska. I żeby nie brzmiało to zbyt banalnie i pretensjonalnie, przedstawię na to pewien dowód.

Otóż dzięki mojej Mamie w archiwach rodzinnych zachowały się moje zeszyty z pierwszych lat nauki. I odnalazłem swoje rysunki (a wspominałem już, że z technikami plastycznymi było mi po drodze). Zeszyt rocznik 1986, a zatem miałem 8 lat. I wtedy na pytanie, kim chciałbyś być w przyszłości, wysmarowałem taki oto rysunek (w załączniku). Czy można mieć jakieś wątpliwości?

Żeby było śmieszniej, to później bardzo długo, gdy inne dzieci chciały być policjantem, strażakiem, marynarzem, to ja chciałem zostać jubilerem, pomimo iż jako dziecko regularnie myliłem kolory srebrny i złoty. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło.

Chyba nie z zamiłowania do błyskotek, ale do precyzyjnej pracy.

Może jak się połączy te kropki, to wyjdzie chirurg stomatolog?

Najwyraźniej tak się stało. Ujmijmy to tak: elementarne poczucie estetyki, piękna raczej nie przeszkadza w wykonywaniu zawodu stomatologa.

Pogodzić pasję z wykonywanym zawodem często jest trudno, ale trzeba próbować. Pasja jest ważna, pozwala się oderwać od codziennych trosk i obowiązków. Dodatkowo tego rodzaju hobby pozwala złapać dystans do samego siebie i dostrzec nie mniej ważne życie, które toczy się czasem tuż za progiem naszego domu, a które ma takie samo prawo do istnienia jak my!

I jeszcze jeden powód, dlaczego porwała mnie fotografia przyrodnicza i zwierzęta. ZWIERZĘTA NIE MAJĄ masek! One są po prostu szczere i prostolinijne. I odwzajemnią każde uczucie.

Nie spędzam całego życia w gabinecie. Staram się zachować równowagę w tym wszystkim. Czasem jest tak, że wstaję w nocy, jadę w plener na poranek, o 9 rano już jestem z powrotem, szybkie śniadanie i rozpoczynam pracę zawodową. Do tego weekendy, urlopy i jakoś się udaje.

 I to bardzo się udaje! Właśnie otrzymał Pan srebrny medal Fotoklubu RP w ramach konkursu PhotoArtMedica 2025 organizowanym przez Izbę Lekarską w Częstochowie. Gratulujemy!