Marek Łosicki
Szanowni Państwo.
Maria Czubaszek powiedziała kiedyś, że: „gdyby niektórych osób nie było, to należałoby ich wymyślić”. My – zgromadzeni na ceremonii pożegnania pana Marka Łosickiego – nikogo nie musimy wymyślać. Wystarczy, że sięgniemy do naszych wspomnień. Jest ich tyle i są takiej jakości, że zapełnią zarówno sentymentalną zadumę podczas uroczystości pogrzebowej, jak i kolejne dni, miesiące, a nawet lata. Panu Markowi należą się nasze ciepłe myśli, ale nie te uszeregowane czy poskładane w chronologię, bo takie kojarzą się z podsumowaniem i wskazują na coś, co minęło. Natomiast nasza pamięć o Marku to wciąż otwarty rozdział, do którego często będziemy powracać. Zróbmy to zatem i teraz.
Marek urodził się 27 kwietnia 1961 r. w Międzyrzecu Podlaskim. Przyszedł na świat w rodzinie Edwarda i Marianny. Wychowywał się wraz z bratem w domu, w którym tematy medyczne poruszane były każdego dnia. Mama Marka była bowiem lekarzem ginekologiem. Pewnie dlatego, gdy po ukończeniu liceum przyszedł czas na podjęcie decyzji dotyczącej własnej przyszłości, Marek postanowił pójść śladami mamy i również został lekarzem – ale innej specjalizacji.
Zanim to jednak nastąpiło, ukończył szkołę podstawową i liceum w rodzinnym mieście. To właśnie tam pojawiły się pierwsze przyjaźnie, które – jak się później okazało – przetrwały całe życie.
Podobnie jak te nawiązane potem w trakcie studiów na Akademii Medycznej, które Marek ukończył w 1986 r. Potem odbył staż w Szpitalu Klinicznym nr 1, a następnie rozpoczął pracę w Zakładzie Radiologii tego szpitala. Tam zdobywał doświadczenie, uzyskał specjalizację pierwszego i drugiego stopnia z radiologii, a pod kierunkiem profesora Janusza Złomańca obronił również doktorat.
Przez kolejne lata pracował w wielu lubelskich placówkach medycznych: w szpitalu MSWiA, Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, Szpitalu Klinicznym nr 1, Szpitalu Wojskowym, a także w szpitalach w Łęcznej i Poniatowej. Swoją wiedzę wykorzystywał również w ramach teleradiologii. Był dobrym i cenionym lekarzem. Do swojej pracy podchodził bardzo poważnie, a jednocześnie nie zamykał się wyłącznie w świecie własnej wiedzy. Konsultował trudne przypadki medyczne, pomagał młodszym kolegom, którzy zwracali się do niego z pytaniami i prośbą o wyjaśnienie wątpliwości… Lekarz medycyny, radiolog… Niby trzy, wszystkim dobrze znane słowa, ale niewielu z nas zdaje sobie sprawę, ile lat nauki, zdobywania doświadczenia i odpowiedzialności za podejmowane decyzje kryje się za tymi słowami.
Przecież praca lekarza wymaga nie tylko wiedzy, ale również ciągłego doskonalenia się, bo medycyna nieustannie się zmienia.
Marek był cenionym lekarzem, ale także wspaniałym i niebanalnym człowiekiem. Ci, którzy znali go prywatnie, zapamiętali go przede wszystkim jako mężczyznę pełnego energii, towarzyskiego, pogodnego i uśmiechniętego. On lubił ludzi, spotkania i dobrą zabawę.
Miał też niebanalne poczucie humoru – inteligentne, ale czasami nieco zgryźliwe, bo zawsze mówił wprost, co myśli i czuje.
Potrafił też zachować dystans zarówno do siebie, jak i do innych, przez co był prawdziwą duszą towarzystwa. On kochał życie, i starał się czerpać z niego pełnymi garściami.
Marek był zawsze wierny swojemu stylowi. Jego siostry cioteczne wspominają, że właściwie ciągle stosował jakąś dietę, a na temat kremów mógł mówić tak samo długo, jak na temat radiologii.
Lubił także gotować. Wiele nauczył się od mamy, ale też od swoich ciotek, do których chodził na obiady, podpatrywał przepisy, uczył się przygotowywania różnych dań. Z ciotkami łączyła go wyjątkowo serdeczna relacja. Miał z nimi bardzo dobry kontakt i właśnie obok nich dzisiaj spocznie. Sam nieraz żartował, że jak umrze, będzie mógł wpaść do nich na herbatkę, bo to przecież tylko rząd nisz niżej… I to zdanie, Drodzy Państwo, bardzo dobrze oddaje sposób bycia Marka.
On potrafił mówić o sprawach trudnych bez niepotrzebnego ciężaru, z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru.
Chociaż Marek nie założył własnej rodziny, to absolutnie nie był człowiekiem samotnym. Był w stałym kontakcie z ciotecznym rodzeństwem, a także z bratankami. Otaczał się również licznym gronem przyjaciół i znajomych. Od kilku lat szczególne miejsce w jego życiu zajmował Henio – czarny cocker spaniel. Był jego wiernym towarzyszem codzienności. Jeszcze w czerwcu razem spędzili urlop nad morzem.
On po prostu kochał życie! W tym roku w końcu przeszedł na wytęsknioną emeryturę i miał masę planów z nią związanych.
Chciał podróżować, poznawać nowe miejsca, korzystać z tego, że może sam decydować o swoim czasie. Po latach pracy, wielu zawodowych obowiązkach i odpowiedzialności za innych, przyszedł moment, kiedy mógł bardziej skupić się na sobie i swoich pasjach… Niestety ten czas został nagle przerwany. Marek zmarł 17 lipca, zupełnie niespodziewanie… Odszedł człowiek, którego można było spotkać w wielu różnych sytuacjach. Jako lekarza, który swoją wiedzę i doświadczenie wykorzystywał dla innych. Jako kolegę, na którego można było liczyć. Jako kuzyna, przyjaciela, człowieka pełnego energii, humoru i ciekawości świata. Pozostają po nim nie tylko zawodowe dokonania i wspomnienia tych, którym pomógł jako lekarz. Pozostają rozmowy, żarty, wspólne chwile, historie, które jeszcze długo będą wracać.
Pozostaje także obraz Marka, który trudno pomylić z kimkolwiek innym.
Lekarza, który potrafił rozmawiać o trudnych przypadkach medycznych, ale także o kosmetologii. Człowieka, który znał się na radiologii, a jednocześnie potrafił z entuzjazmem opowiadać o muzyce, podróżach czy kolejnej rzeczy, która go zainteresowała.
Kogoś, kto kochał psy, lubił tańczyć, gotować, spotykać się z ludźmi i śmiać się z życia.
I właśnie takiego Marka zapamiętamy na zawsze.
Panie Marku, Cześć Twojej pamięci.
