SOR – największe laboratorium diagnostyczne w kraju?

Opublikowano: 1 września, 2026Wydanie: Medicus (2026) 08-09/2026Dział: 4,1 min. czytania

Poniedziałek. Godzina 18.00. W Szpitalnym Oddziale Ratunkowym 36 pacjentów. To jeszcze nie rekord, więc nikt nie panikuje. Spośród nich 14 osób trafiło ze skierowaniami z POZ.

Łączy ich jedna, „niezwykła” cecha – przed przyjazdem do szpitala nie wykonano praktycznie żadnej diagnostyki. Ani morfologii, ani badania moczu, ani CRP, ani USG, ani RTG. Za to wszyscy mają dokument z magicznym zaklęciem: „proszę o diagnostykę”.

I właśnie w tym momencie SOR z oddziału ratunkowego przeistacza się w największą poradnię diagnostyczną w okolicy.

Powody skierowań są różnorodne. Ból brzucha od miesiąca.

Krwiomocz od dwóch tygodni. Ból biodra po urazie sprzed miesiąca.

Dolegliwości przewlekłe, które najwyraźniej osiągnęły taki poziom stabilności, że postanowiły poczekać jeszcze kilka godzin w kolejce do SOR.

Pacjent często jest przekonany, że skoro dostał skierowanie do szpitala, to znaczy, że wymaga natychmiastowej pomocy.

Tymczasem personel oddziału ratunkowego próbuje zrozumieć, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie, skoro właśnie poniedziałek o 18.00 okazał się momentem krytycznym.

Od lat słyszymy, że lekarz POZ jest koordynatorem opieki nad pacjentem. I słusznie. To on zna historię choroby, leki, wyniki wcześniejszych badań i przebieg leczenia. W teorii trudno wyobrazić sobie lepszego przewodnika po systemie ochrony zdrowia.

Z perspektywy lekarza SOR-u wygląda to jednak czasami tak, jakby rolę koordynatora ograniczono do wskazania kierunku jazdy: „Proszę do szpitala.

Tam zrobią badania i się dowiedzą”.

Nie chodzi oczywiście o wszystkich lekarzy rodzinnych. Wielu z nich wykonuje ogromną pracę diagnostyczną, prowadzi pacjentów wzorowo i kieruje do szpitala osoby rzeczywiście wymagające pilnej pomocy. Problem polega na tym, że pamięta się głównie te skierowania, które przypominają pustą kartkę papieru z dopiskiem: „Powodzenia”.

Możliwości POZ są ograniczone. To fakt. Lekarz rodzinny nie wyczaruje tomografu komputerowego z szuflady biurka ani nie uruchomi rezonansu między wizytą kontrolną a szczepieniem.

Ale istnieje pewna różnica pomiędzy tomografią całego ciała a niewykonaniem absolutnie niczego.

Badanie ogólne moczu nadal nie wymaga wykorzystania sztucznej inteligencji. Morfologia nie jest technologią kosmiczną.

Badanie fizykalne wciąż pozostaje legalne. A cewnikowanie pęcherza moczowego nie jest tajemnym rytuałem przekazywanym wyłącznie ordynatorom u schyłku ich kariery zawodowej.To jedna z podstawowych procedur, której lekarze uczą się już podczas studiów, a doskonalą w czasie stażu podyplomowego. Mimo to czasami można odnieść wrażenie, że cewnik moczowy stał się artefaktem o mocy porównywalnej z Młotem Thora – podnieść go mogą jedynie wybrańcy pracujący na SOR-ze.

Podobnie wygląda sytuacja z innymi prostymi elementami diagnostyki. Pacjent z krwiomoczem bez badania moczu. Chory z przewlekłym bólem brzucha bez podstawowych badań laboratoryjnych.

Uraz sprzed miesiąca bez zdjęcia rentgenowskiego. Wszystko to trafia do miejsca stworzonego po to, by ratować życie, a nie rozpoczynać diagnostykę od pytania: „To co właściwie pana boli i od kiedy?”.

Najciekawsze jest jednak to, że skierowanie z POZ nie działa jak bilet na darmową przejażdżkę karuzelą, rozdawany z okazji przyjazdu do miasta wesołego miasteczka. Badania wykonane w szpitalu nie pojawiają się znikąd. Ktoś za nie płaci. Ktoś poświęca na nie czas.

Ktoś pobiera krew, opisuje zdjęcia, analizuje wyniki i dokumentuje całość. A ponieważ wszystko dzieje się w oddziale ratunkowym, każda taka diagnostyka odbywa się równolegle z leczeniem pacjentów z udarem, zawałem, sepsą czy ciężkimi obrażeniami.

SOR jest trochę jak jedyna kasa w sklepie. Jeśli połowa osób ustawia się w kolejce tylko zapytać o promocję na masło, ci z pełnymi koszykami czekają znacznie dłużej.

Największym paradoksem jest to, że czasem kilka prostych badań wykonanych przed skierowaniem do szpitala nie zmieniłoby decyzji o hospitalizacji. Zmieniłoby natomiast wszystko inne.

Lekarz SOR wiedziałby, że jego koledze po fachu się chce, a pacjent szybciej mógłby uzyskać celowaną pomoc.

A czasem kilka wykonanych w POZ badań pozwoliłoby podjąć decyzję, że dalsza diagnostyka może odbyć się w AOS.

Nie jest to apel o przerzucanie odpowiedzialności między POZ a SOR.

Oba środowiska pracują pod ogromną presją i oba zmagają się z niedoborami kadrowymi oraz przeciążeniem systemu. Jest to raczej przypomnienie, że diagnostyka nie zaczyna się po przekroczeniu drzwi szpitala.

Bo jeśli każdy przewlekły ból brzucha, każdy krwiomocz i każdy odległy uraz mają rozpoczynać swoją historię dopiero na SOR, to być może warto zmienić nazwę oddziału. „Szpitalny Oddział Ratunkowy” coraz częściej brzmi bowiem jak określenie historyczne. Znacznie trafniejsze byłoby: „Narodowe Centrum Zaległej Diagnostyki”.

Brzmi zabawnie. Problem w tym, że dla lekarzy SOR-u jest to raczej dramat, a nie komedia.

Lek. Agnieszka Ponieważ

specjalista medycyny ratunkowej

Pozostałe artykuły w numerze: