Z aparatem pośród chmur
Z lek. Dariuszem Osiakiem, pulmonologiem, o łączeniu medycyny z pasją do lotnictwa i fotografii rozmawia Ewa Urbanowicz
■ Jak rozpoczęła się Pana przygoda z fotografią i kiedy pojawiła się fascynacja lotnictwem?
Fotografią zajmuję się od dzieciństwa, zaczynałem na zajęciach z kółka fotograficznego. Tam uczyliśmy się fotografowania manualnymi aparatami na czarno-białą kliszę, wywoływania i obróbki zdjęć w ciemni. Lotnictwo również towarzyszyło mi od dzieciństwa. Nad moim domem rodzinnym latały samoloty z Dęblińskiej „Szkoły Orląt”. Kontynuacją tej pasji było sklejanie modeli, czytanie literatury lotniczej, m.in. „Skrzydlatej Polski”, oraz uczestnictwo w pierwszych piknikach lotniczych w Góraszce. Po wielu latach obie pasje połączyły się w jedną, a ich dopełnieniem stało się fotografowanie samolotów w powietrzu podczas sesji air-to-air.
■ Na co dzień zajmuje się Pan pulmonologią. Czy praca lekarza wpływa na sposób patrzenia przez obiektyw?
Myślę, że zarówno moja praca zawodowa, jak i pasja lotnicza wymagają podobnych cech charakteru – uważności i spostrzegawczości. W ciągu dnia ten sam monitor graficzny służy mi do oceniania badań radiologicznych, a w wolnym czasie do obróbki zdjęć. Obie moje działalności wymagają uważności, spostrzegawczości, ale również szybkości działania i zdecydowania. Rozwijają się równolegle i wynikają – jak myślę – z cech mojego charakteru.
■ Czy fotografia nauczyła Pana czegoś, co wykorzystuje Pan również w pracy z pacjentami?
Fotografia nauczyła mnie jeszcze większej cierpliwości, koncentracji i umiejętności obserwacji detali. Są to cechy niezwykle przydatne również w pracy z pacjentami, gdzie często właśnie drobne szczegóły mają ogromne znaczenie.
■ Wystawa „W powietrzu” pokazuje przestrzeń z bardzo niecodziennej perspektywy. Co najbardziej fascynuje Pana w fotografowaniu samolotów w locie?
Fotografując samoloty w locie, obcujemy z pilotami i statkami powietrznymi w ich naturalnym środowisku – w powietrzu.
Mamy możliwość oglądania latających maszyn w akcji, z bliskiej odległości, w miejscu, gdzie mało kto ma możliwość się znaleźć.
■ Jak wyglądają przygotowania do takiej sesji – zarówno od strony technicznej, jak i organizacyjnej?
Generalną zasadę każdej sesji fotograficznej można określić jednym zdaniem: safety first. Bezpieczeństwo uczestników sesji jest największym priorytetem. Każda sesja wymaga dokładnych przygotowań – należy wybrać czas zależny od pogody, miejsce sesji, samolot dla fotografów oraz zarezerwować strefę lotów.
Konieczne jest również zaproszenie „modelek”, czyli umówienie pilotów i ich maszyn.
Przed sesją odbywa się briefing dla fotografów, podczas którego ustalamy szczegółowy przebieg wydarzenia, a następnie briefing dla pilotów dotyczący kolejności lotów, planowanych figur czy wykorzystania efektów pokazowych. Przed lotem zakładamy odpowiednią odzież i sprzęt zabezpieczający, a po sprawdzeniu checklisty sesja może się rozpocząć.
■ Czy podczas realizacji zdjęć zdarzyły się sytuacje szczególnie trudne lub nieprzewidywalne?
Mimo szczegółowego planowania każda sesja air-to-air wiąże się z nieprzewidywalnymi sytuacjami. Wszystko zależy od pogody: wiatru, termiki czy opadów. Na takie zmiany również jesteśmy przygotowani. W przypadku zachmurzenia czy deszczu wznosimy się ponad chmury, aby fotografować piękne zachody słońca. Nie pamiętam jednak, aby podczas sesji wydarzyły się sytuacje naprawdę trudne, ponieważ bezpieczeństwo uczestników zawsze pozostaje najważniejsze.
■ Jest Pan członkiem Stowarzyszenia Polskich Fotografów Lotniczych Air-Action. Co daje Panu obecność w tym środowisku?
Przynależność do Stowarzyszenia Polskich Fotografów Lotniczych Air-Action jest dla mnie dużym wyróżnieniem. Aby zostać członkiem Stowarzyszenia, należy przedstawić swoje portfolio radzie artystycznej, która ocenia poziom prac. Obecność w gronie najlepszych fotografów lotniczych w Polsce daje mi możliwość wymiany doświadczeń, rozwoju artystycznego, inspiracji, a czasami także uczestnictwa w wydarzeniach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników.
■ Czy ma Pan swoje ulubione zdjęcie z wystawy? Jaka historia się z nim wiąże?
Wiele jest zdjęć, które pozostają w mojej pamięci, jednak na pierwszym miejscu umieściłbym fotografię kultowego samolotu z II wojny światowej P-38 Lightning. W dzieciństwie otrzymałem katalogi samolotów firmy Lockheed z dużymi fotografiami
wydrukowanymi na pięknym papierze kredowym. W realiach PRL-u była to ogromna atrakcja. Szczególną uwagę zwracał właśnie P-38 Lightning, który stał się moim ulubionym samolotem. Los chciał, że kilkadziesiąt lat później siedziałem na rampie samolotu transportowego, a kilkanaście metrów przede mną swój pokaz wykonywał samolot z mojego dzieciństwa.
■ Jakie są Pana kolejne fotograficzne marzenia lub projekty? Czy jest takie ujęcie lotnicze, którego jeszcze nie udało się Panu wykonać, ale nadal czeka na realizację?
W fotografii lotniczej marzą mi się sesje w samolotach wojskowych, choć wiem, że w dzisiejszych realiach jest to trudne do zrealizowania. Fotografia jest jednak bardzo szeroką dziedziną sztuki i oferuje wiele ciekawych wyzwań. Planuję rozwijać się również w innych jej obszarach, nie tylko w fotografii lotniczej.



