Krótka przerwa dla serca… w tempie SOR
Są takie dni, kiedy człowiek ma wrażenie, że jego kalendarz próbuje pobić rekord świata w konkurencji „ile spraw można wcisnąć w jedną dobę”. Ostatnie tygodnie należały właśnie do tej kategorii. Dużo pracy, sporo stresu, kilka nieprzespanych nocy — czyli zestaw, który wszyscy znamy w teorii, ale zawsze zaskakuje w praktyce.
W takim właśnie stanie pojawiłam się na zjeździe wyborczym lekarzy jako przedstawiciel redakcji Medicusa. Wydarzenie ważne dla środowiska, atmosfera gęsta lub wyrażająca pełne skupienie, delegaci słuchają, dyskutują, oceniają i głosują. Minęło może półtorej godziny od rozpoczęcia zjazdu, kiedy nagle poczułam coś, co trudno zignorować: wyraźny ucisk w klatce piersiowej i ogólne poczucie, że mój organizm właśnie postanowił zgłosić oficjalny protest przeciwko trybowi życia z ostatnich dni.
W takich chwilach człowiek przechodzi błyskawiczny kurs medycyny internetowej we własnej głowie. Najpierw jest etap „to pewnie nic”, potem „a może jednak coś”, a po chwili „lepiej to sprawdzić”.
Na szczęście zjazd odbywał się w miejscu, gdzie do pomocy medycznej było naprawdę blisko. Udałam się więc na pobliski szpitalny oddział ratunkowy, a tam wszystko potoczyło się z zadziwiającą sprawnością.
Chwila rozmowy i szybkie EKG. Wynik — na szczęście — zupełnie prawidłowy. Nic niepokojącego. Z ulgą wróciłam więc na zjazd. Człowiek od razu nabiera energii, kiedy okazuje się, że serce postanowiło jednak współpracować.
Historia mogłaby się w tym miejscu zakończyć, gdyby nie to, że wśród uczestników zjazdu byli — co nie powinno nikogo dziwić — także kardiolodzy. Jeden z nich, spojrzał na mnie uważnie, obejrzał wydruk EKG, zadał kilka ważnych pytań i powiedział z typową dla specjalistów spokojną stanowczością: – Wiesz… chyba jednak warto wrócić i zrobić pełną diagnostykę.
Trudno dyskutować z kardiologiem. Zwłaszcza kiedy mówi to w taki sposób, że człowiek automatycznie zaczyna być bardzo odpowiedzialnym pacjentem. Wróciłam więc na oddział. Tym razem procedura była już klasyczna: rejestracja, badanie ciśnienia, pobranie krwi, kroplówka z magnezem i półtorej godziny w pozycji leżącej — co przy tempie ostatnich dni okazało się doświadczeniem niemal luksusowym — jak krótkie wakacje od ciężkiej pracy.
Przyznam szczerze: rzadko zdarza mi się półtorej godziny nic nie robić. Bez telefonu, bez maili, bez notatek. W pewnym sensie był to więc najbardziej relaksujący fragment całego dnia.
Wyniki badań okazały się dobre. Żadnych niepokojących zmian. Jedynie ciśnienie na początku było mocno podwyższone — ale to zapewne efekt stresu, zmęczenia i całego tego maratonu obowiązków, który wcześniej uznałam za zupełnie normalny tryb funkcjonowania. Najważniejsze jednak było coś innego. To, jak w tym czasie zostałam potraktowana jako pacjentka. Spokojnie, życzliwie, profesjonalnie. Bez pośpiechu, bez zniecierpliwienia, z uważnością, którą naprawdę się czuje. I co ważne — widziałam, że w taki sam sposób traktowani są inni pacjenci.
Oddziały ratunkowe często pojawiają się w publicznych dyskusjach w kontekście kolejek, trudnych warunków czy ogromnego obciążenia pracą. I oczywiście nie jest tajemnicą, że medycy pracują tam w niezwykle wymagających realiach. Dlatego tym bardziej warto powiedzieć głośno coś, co może wydaje się oczywiste, ale wcale takie nie jest: personel medyczny tych oddziałów wykonuje swoją pracę z ogromnym zaangażowaniem i profesjonalizmem.
Lekarze oddziałów ratunkowych to prawdziwi specjaliści od sytuacji nagłych. Pod presją czasu, hałasu i ogólnego chaosu, błyskawicznie diagnozują, podejmują decyzje i zapewniają pacjentom spokój oraz profesjonalną opiekę. Każdy przypadek traktują poważnie — zarówno zagrożenia życia, jak i mniej groźne dolegliwości, które dla pacjenta są równie stresujące.
W moim przypadku wszystko skończyło się dobrze. Dwie godziny później mogłam już spokojnie wrócić do obowiązków — bogatsza o nowe doświadczenie i z dodatkową porcją magnezu w organizmie.
Z całego tego zdarzenia płynie też pewna uniwersalna lekcja.
Nawet jeśli ktoś uważa się za osobę dość odporną na stres i zmęczenie, organizm czasem potrafi przypomnieć, że nie jest maszyną.
Na koniec pozostaje mi więc powiedzieć jedno — dziękuję.
Wszystkim pracownikom oddziału ratunkowego, którzy tego dnia opiekowali się mną i innymi pacjentami. Dla nich to były po prostu kolejne godziny pracy. Dla mnie — bardzo ważne doświadczenie i dowód na to, że za drzwiami oddziału ratunkowego naprawdę stoi zespół ludzi, którzy wiedzą, co robią. I robią to dobrze.
Ewa Urbanowicz
Radca prawny

