Żagle i medycyna
z Włodzimierzem Wieczorkiewiczem,
chirurgiem, urologiem, jachtowym kapitanem żeglugi wielkiej,
rozmawia Anna Augustowska
[su_spacer size=”30″]
- To był mocny uścisk?
– Zdecydowanie. Mocny i męski uścisk dłoni. Książę Filip, mąż królowej Elżbiety II, przypłynął z Londynu motorówką i wszedł na pokład naszego jachtu „Roztocze”. Porozmawiał z nami o regatach, o prądach morskich. Bardzo profesjonalnie. Był szalenie elegancki, bardzo bezpośredni i swobodny. Warto przypomnieć, że w czasie drugiej wojny światowej Filip służył w brytyjskiej marynarce wojennej, biorąc udział m.in. w inwazji na Sycylię. Wcześniej ukończył akademię marynarki wojennej w Dartmouth. Miał stopień admirała. Wiedzieliśmy, że na żeglowaniu zna się znakomicie. Spotkanie było krótkie a ja – pełniłem wtedy na „Roztoczu” funkcję kapitana – cały czas martwiłem się, aby zwracając się do niego nie zapomnieć używać formuły: „wasza wysokość”. Wymagał tego protokół i nie wypadało go złamać.
- Dobrze Pan pamięta to spotkanie chociaż minęło… ponad 30 lat?
– To był 1985 rok. Polska załoga na jachcie „Roztocze”, który należy do Lubelskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego brała udział w Tall Ship’s Races i podczas postoju w porcie Chatham pod Londynem, z lubelską załogą spotkał się zmarły w kwietniu książę Filip. Byliśmy jedną z niewielu załóg, którą wtedy odwiedził, a przecież w tych regatach uczestniczyły liczne żaglowce z całego świata. To wyróżnienie zawdzięczamy naszej rodaczce, pani Jance Bielak, członkini zarządu Sail Training Association, która opiekowała się polskimi ekipami, uczestniczącymi w regatach. Zapamiętałem tę wizytę także z innego, prozaicznego powodu – nurkowie brytyjskich służb, którzy musieli dokładnie sprawdzić bezpieczeństwo, prawdopodobnie niechcący, ale jednak – uszkodzili nam propeller, czyli podwodne urządzenie do mierzenia prędkości.
- Czyli niezapomniana niespodzianka ?
– Niezapomniana! Chociaż zostaliśmy uprzedzeni, że odwiedzi nas tak ważna osoba. Jacht lśnił czystością, ubraliśmy się elegancko i oczywiście do dziś pamiętamy tamten dzień.
Ja miałem to szczęście, że z księciem Filipem spotkałem się jeszcze raz. Tym razem było to w Bostonie w 1992 roku, w trakcie regat Tall Chips Rejs Columbus. Byłem wtedy II oficerem na żaglowcu „Fryderyk Chopin” a dowodził nim kpt. Ziemowit Barański, lubelski bardzo znany żeglarz. Książę Filip był pod wrażeniem, tym bardziej że załogantami byli Szkoci. W trakcie regat z Bostonu do Liverpoolu na północnym Atlantyku w czasie wachty jako pierwszy wypatrzyłem górę lodową. Była ogromna i niebezpieczna. Szybko zmieniliśmy kurs.
- Żeglarstwo to wielka Pana pasja (obok jeździectwa, narciarstwa, nurkowania i myślistwa). Chyba było silną konkurencją dla medycyny?
– Jeśli chodzi o chronologię to jednak żagle były pierwsze, bo zacząłem pływać jeszcze jako uczeń LO im. Staszica w Lublinie. Od pierwszej klasy należałem do działającej tam harcerskiej drużyny żeglarskiej. Stawiania pierwszych kroków uczył nas m.in. Kazimierz Goebel, późniejszy rektor UMCS. Szkolenia odbywaliśmy nad jeziorem Firlej. Wtedy złapałem bakcyla i do dziś się z niego nie wyleczyłem. Pamiętam świetnie pierwszy rejs po jeziorach mazurskich, właśnie z prof. Goeblem. Nie było już odwrotu – za ciosem zrobiłem stopień sternika jachtowego w Lublinie i wtedy mogłem zacząć szkolić młodych żeglarzy. Zacząłem pływać. I to z kim!!! Na „Zawiszy Czarnym” pod wodzą samego komandora Bolesława Romanowskiego, który podczas II wojny światowej dowodził ORP „Jastrząb”, ORP „Dzik” i grupą okrętów podwodnych. Pamiętam, jak w czasie jednego z naszych rejsów w pewnym momencie podpłynął do nas podwodny okręt, który patrolował Bałtyk i oddał salut na cześć komandora. A po latach zaprosiłem Komandora na spotkanie z lubelskimi żeglarzami.
- Imponujące! Jednak nie wstąpił Pan do marynarki…
– Wybrałem medycynę na lubelskiej AM. Po prostu chciałem być lekarzem. Bardzo mnie w tym wyborze utwierdził „rok zerowy”. Miałem 17 lat i trafiłem do szpitala przy Staszica. Do moich obowiązków należało codzienne przydzielanie pościeli i bielizny dla pacjentów. Pracowałem w oddziale neurochirurgii przy Klinice Neurologii, którą kierowała prof. Halina Koźniewska. Pewnego dnia – w czasie Wielkiej Nocy – przywieziono pacjenta z krwiakiem mózgu, był nieprzytomny. Trzeba było szybko operować, a tu święta, mało personelu… zostałem więc przydzielony do… trzymania języka pacjenta, aby ten się nie dławił. Dałem radę i postanowiłem zostać lekarzem zabiegowym. Udało się! Przez całe zawodowe życie byłem chirurgiem, najdłużej pracowałem w szpitalu kolejowym w Lublinie (dzisiaj to szpital im. Jana Bożego). Nie mam wątpliwości, że dzisiaj dokonałbym tego samego wyboru: medycyna, chirurgia, urologia.
- I z sukcesem łączył Pan pracę chirurga z żeglowaniem?
– Nie zawsze było to proste – szpital to dyżury i liczne obowiązki, ale pasja to pasja, zawsze można znaleźć jakieś wyjście. Jeszcze w czasie studiów w ośrodku żeglarskim nad Zatoką Szczecińską zdobyłem uprawnienia sternika morskiego i mogłem szkolić młodszych jako instruktor. Od 1980 roku mam uprawnienia jachtowego kapitana żeglugi wielkiej. Zaczynałem od morskich rejsów głównie po Bałtyku, z czasem też po morzach Północnym, Śródziemnym. W stanie wojennym zatrudniłem się jako lekarz okrętowy na drobnicowcu „Leopold Staff”. Pływałem na nim pół roku i ta wyprawa pozwoliła mi zwiedzić m.in. Chiny. Ale do moich najciekawszych wypraw zaliczam rejsy z dziećmi i z wnukami.
Opłynąłem kawał świata, ale nie cały – wciąż mam plany i marzenie, aby popłynąć przez przejście północne.
- Może na pokładzie jachtu „Roztocze”?
– „Roztocze” należy do Lubelskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego (LOZŻ). To wspaniały jacht, pełnomorski, dwumasztowy. Ma ponadpółwieczną historię, która zaczęła się 3 sierpnia 1969 roku, kiedy jacht wypłynął w morze po raz pierwszy. Na jego pokładzie różne załogi opłynęły całą Europę i zawinęły do wszystkich europejskich portów. Jacht ma na koncie 500 rejsów, pływało na nim ponad 5 tysięcy osób. Na jego pokładzie gościł nie tylko książę Filip, ale też król Szwecji i królowa Holandii. Dzisiaj nadal jacht jest w dobrej, ale już nie idealnej formie. Organizujemy zbiórkę na generalny remont „Roztocza” i zachęcam do przyłączenia się. Każdy może tę akcję wspomóc – wystarczy skontaktować się LOZŻ.



