Po nadużyciach, na zołzy i artrytyzm
Osobliwość parku stanowią „robaczki Ś‑to Jańskie, które od połowy czerwca do połowy lipca ukazują się w takiej nieraz ilości, że unosząc się w postaci szmaragdowo‑zielonych iskier iluminują aleje nadrzeczne”. Tak pięknie było wieczorami w… Nałęczowie. Informuje o tym przygotowany dla lekarzy i kuracjuszy przewodnik z 1897 roku. Podróż z Lublina do zakładu trwała wówczas 4 godziny końmi lub 2 godziny koleją
Kiedy książeczka „Nałęczów i jego okolice. Przewodnik informacyjny dla leczących się i lekarzy” została wydrukowana w warszawskiej drukarni Jana Karola Kowalewskiego, zakłady leczniczy i hydropatyczny działały w Nałęczowie już od 16 lat.

Z drugorzędnej stacyi
W 1897 roku kuracjusze i goście docierali do Nałęczowa ze stacji kolei nadwiślańskiej, określanej przez autora przewodnika jako stacja drugorzędna odległa od Warszawy o 5‑6 godzin jazdy. A od Lublina o niecałą godzinę. Choć to nie jest takie pewne, bo w innym miejscu czytamy, że do Lublina podróż pociągiem trwała 2 godziny.
Ile by nie trwała, wówczas do Nałęczowa docierały trzy pociągi na dobę z obu stron.
Dalej – 5 wiorst – pokonywano powozami i bryczkami, płacąc 50‑80 kopiejek za kurs. W sezonie letnim, który wówczas trwał od 1 czerwca do 1 października, zakład wysyłał na stację omnibus lub wygodny brek. Razem z brekiem przysyłany był konduktor, który odbierał rzeczy przyjezdnych. Poznać go było można po napisie na czapce.
Materac czy tapczan
Pierwsza porada dla kuracjuszy? „Bezwarunkowo nie należy nigdy, nie rozejrzawszy się dobrze, brać pierwszego lepszego mieszkania na willach, gdyż te najczęściej są wynajmowane na sezon lub miesięcznie, co w razie niedogodności mieszkania może narażać przyjezdnych na kłopot i straty”.
Sam zakład oferował „numery mieszkalne” w liczbie 178. Jeden pokój na dobę kosztował od 30 kopiejek do 2 rubli. Najtańsze były pokoje nad łazienkami kąpielowymi, reklamowane jako „dla ludzi skromnych wymagań”.
Umeblowanie przeciętnego numeru składało się: z łóżka ze sprężynowym materacem, stolików do pisania i nocnego, szafy, umywalni z miednicą i dzbankiem, kubła, kilku krzeseł, kanapki, zwierciadła, wieszadeł itd. W 30‑kopiejkowych pokojach zamiast łóżka z materacem znajduje się tapczan z siennikiem. Jak wyliczał autor bardzo precyzyjnego przewodnika, w droższych numerach meble są wyściełane! Znajdują się tam: kanapy, fotele, duże lustro itd. I uwaga! Za pościel liczono dodatkowo.
Od anemii do zapalenia
– Ci, którzy bardziej z nałogu niż z istotnej potrzeby trwonią pieniądze na zagraniczne kąpiele; mogą wygodnie i korzystnie w Nałęczowie przepędzić kilka miesięcy – cytuje przewodnik artykuł z „Kuriera Warszawskiego” z 1821 roku.
A lista dolegliwości, które pobyt w uzdrowisku leczy, albo przynajmniej łagodzi, jest długa.
Autor wylicza, że w zakładzie z pomyślnym rezultatem leczą się wszelkie choroby przewlekłe, nadające się do leczenia czynnikami fizycznymi, balneoterapią, hydroterapią itp. lub wymagające izolacji, zmiany trybu życia lub dietetycznego regulaminu.

Wydawanie natrysków i porad
Główne zadanie leczenia nałęczowskiego spoczywa nie na lekarstwach, lecz na „odpowiedniem urządzeniu życia” chorego pod kierunkiem i opieką lekarzy.
Interni, zamieszkali w zakładzie, jadają o oznaczonych godzinach i pod dozorem lekarzy, stosują się ściśle do istniejącego porządku, stykając się niemal co godzina z lekarzami. Jest to jakby szpital zakładowy. Ale i chorzy, zamieszkali poza zakładem, podlegają również nadzorowi lekarskiemu. Lekarz, po odpowiednim zbadaniu i zapisaniu do książki, nie tylko przepisuje kurację, ale daje również instrukcje, gdzie chory ma zamieszkać, gdzie stołować, jak wypoczywać.
Żywienie chory otrzymywał z kuchni zakładowej. Na całodzienne utrzymanie XIX‑wiecznego kuracjusza składały się cztery posiłki. Śniadania i podwieczorki wyglądały tak samo: kawa, herbata, mleko, kakao, bułki, chleb, ser, masło, miód „według życzenia i apetytu”. Jedynie na zalecenie lekarza chory mógł otrzymywać szynkę, mięso zimne, jaja. Na podwieczorek często podawano dodatkowo owoce (poziomki, truskawki, maliny, arbuzy lub melony).
Obiad o godz. 13 składał się z dwóch zup (do wyboru), mięsa, jarzyny (oddzielnej), leguminy, kawy lub herbaty.
Wieczerza podawana o godz. 20 albo w niedziele i dni koncertów o godz. 19.30 składała się z jednego dania mięsnego (ciepłego) z dodatkiem herbaty lub mleka.
Ważna uwaga: to lekarz zakładowy decydował i ewentualnie pozwalał na napoje wyskokowe! Jeśli zgoda była, płaciło się za trunki oddzielnie.
Jak wyliczał autor publikacji, 10 dni pobytu i kuracji w Nałęczowie kosztowało 36 rubli i 25 kopiejek, co dawało miesięcznie 120 rubli, kopiejek 75. W to nie wchodziły wydatki na „światło, wody mineralne, kumys lub kefir, elektryzacyę, massaż, dodatkowe wizyty lekarskie, wycieczki, koncerty itd.”. Jednak jak zauważano w przewodniku, dla ludzi mało wymagających i niezamożnych koszty te mogą być dość znacznie zmniejszone.
Lekarze, kąpielowi, włościanie
Lektura przewodnika daje pojęcie o stosunkach gospodarczych i finansowych, jakie panowały w dawnym uzdrowisku i w Nałęczowie. Dziś trudno sobie wyobrazić czas, gdy liczba wspólników, którzy zainwestowali w zakład, dochodziła do 21 osób. Byli to głównie lekarze. Spółka, która miała charakter niemal przyjacielski, z czasem była świadkiem różnicy zdań. Gdy jedni chcieli skromny zakład, który się powoli rozwija, inni widzieli rozmach. Na dodatek, gdy właściciele willi chcieli zrobić z Nałęczowa miejsce, gdzie na letni „karnawał” przejedzie bogata publiczność z Warszawy, to inni walczyli o spokojne uzdrowisko dla chorych.
O ile udziałowcy nie mieli szansy na zyski, o tyle istnienie zakładu wywarło potężny wpływ na zamożność i uspołecznienie… okolicznej ludności.

Łódki i muzyka
Leczenie leczeniem, ale rozrywki w Nałęczowie być musiały. Kilka lat przed ukazaniem się przewodnika zwyczaj upadł, ale przez wiele lat na sezon uzdrowisko wynajmowało orkiestrę wojskową, czasem żydowską z Lublina lub Radomia. Potem skompletowano z okolicznej młodzieży włościańskiej wcale niezłą 20‑osobową orkiestrę, i ta grywała latem w parku i na wieczorach tanecznych. Wieczory tańcujące były w niedziele w sali balowej w pałacu, w której do północy bawiło się po 200 i więcej osób. Sala służyła też teatrom amatorskim i muzykom. Ale do ulubionych rozrywek należało wiosłowanie na stawie. Zakład miał 6 łódek, urządzał nawet regaty.
Nałęczów to piękna okolica, spacery i wycieczki w XIX wieku też były zalecane. Latem dla chłodu i cienia sugerowano nałęczowskie wąwozy. „Najlepiej jest uzbroić się w kij lub parasol, krótszą suknię, coś do czytania lub roboty, bo wyjść się nie będzie chciało, mieć kogoś do towarzystwa, by się dzielić wrażeniami” sugeruje przewodnik.
Na dodatek w porównaniu z Warszawą w Nałęczowie jest znacznie większa liczba dni pogodnych, daje większą ilość słonecznego światła i pozwala więcej czasu spędzać poza mieszkaniem.
Pracowity anonim
Przewodnik jest anonimowego autora. Oprócz informacji o drukarni, wiadomo jedynie, że wydawcą była znana oficyna Gebethnera i Wolffa. A szkoda, bo autor wykonał sporą pracę, zamieszczając dane meteorologiczne, spisy cen, liczby kuracjuszy z kilku lat, a nawet listę dyrektorów, kierujących zakładem.
W wielu bibliotekach jest oryginał z 1897 roku albo reprint, który wydano w 1984 roku.
Janka Kowalska
