Życie bez pasji jest jak niedoprawiony obiad według lek. Konrada Bauma, neurologa, gitarzysty i wokalisty, finalisty 13. edycji „The Voice of Poland”

Opublikowano: 3 listopada, 2026Wydanie: Medicus (2026) 11/2026Dział: 8,4 min. czytania

O muzyce, która towarzyszy mu od dzieciństwa, medycynie uczącej pokory i marzeniach, których nie warto odkładać na później rozmawia Ewa Urbanowicz.

■ Neurolog i muzyk – dwa światy, które na pierwszy rzut oka wydają się odległe. Który z nich pojawił się w Twoim życiu jako pierwszy?

Zdecydowanie muzyka. Zacząłem grać na gitarze, kiedy miałem 13 lat. Mój tata jest zawodowym muzykiem, wieloletnim dyrygentem chórów i multiinstrumentalistą, więc w naszym domu zawsze było mnóstwo instrumentów – pianino, akordeon i oczywiście gitara. Od dzieciństwa otaczała mnie muzyka i to właśnie tata zaszczepił we mnie tę pasję. Kiedy usłyszałem zespół Dżem, później Erica Claptona i odkryłem bluesa, po prostu nie mogłem oderwać się od gitary. Tata pomógł mi na początku, ale w dużej mierze jestem samoukiem. Dopiero później do gitary dołączył śpiew. Bardzo szybko zacząłem występować w różnych zespołach.

Pojawiły się też programy telewizyjne, między innymi „Droga do gwiazd” i „Szansa na sukces”. Z drugiej strony jest moja mama – znakomita anestezjolog, doktor nauk medycznych. Od dzieciństwa miałem kontakt ze szpitalem, obserwowałem jej pracę i widziałem, jak bardzo jest fascynująca, ale też odpowiedzialna.

Często odwiedzałem mamę w pracy i mogłem poznać zawód lekarza od kuchni. Mama zawsze była dla mnie wzorem lekarza.

To dzięki niej zrozumiałem, czym naprawdę jest empatia. Można więc powiedzieć, że jestem swoistą „hybrydą” moich rodziców.

■ Dlaczego spośród wszystkich specjalizacji medycznych wybrałeś właśnie neurologię? Co najbardziej w niej fascynuje?

Podczas studiów medycznych każdy szuka swojej drogi, poznając kolejne specjalizacje. Mnie od początku najbliższa była neurologia i właściwie tylko z nią wiązałem swoją przyszłość. To fascynująca dziedzina, która wymaga nie tylko ogromnej wiedzy, ale również umiejętności nawiązania dobrego kontaktu z pacjentem. A kontakt z drugim człowiekiem zawsze był dla mnie niezwykle ważny. W neurologii często spotykamy się z chorobami, wobec których medycyna nadal pozostaje bezsilna. Właśnie wtedy szczególnie istotne staje się to, żeby walczyć o godność pacjenta i robić wszystko, co możliwe, aby mu pomóc.

■ W gabinecie to Ty słuchasz pacjentów, na scenie publiczność słucha Ciebie. Czy doświadczenia z tych dwóch światów wzajemnie się uzupełniają?

Zdecydowanie tak. Podstawą dobrej diagnozy i skutecznego leczenia jest kontakt z pacjentem oraz wzajemne zaufanie. Muzyka, scena i emocjonalna więź z publicznością uczą wrażliwości na drugiego człowieka. To doświadczenie przenosi się również na relacje z pacjentami. Oba te światy wzajemnie sobie pomagają i bardzo się z tego cieszę.

■ Praca lekarza jest wymagająca, a muzyka to przecież nie tylko przyjemność, ale również próby, koncerty i godziny ćwiczeń. Jak znajdujesz na to wszystko czas i energię?

To pytanie pojawia się praktycznie w każdym wywiadzie i zawsze odpowiadam tak samo: prawdziwa pasja zawsze znajdzie swoje miejsce. Jeśli człowiek coś naprawdę kocha, potrafi tak zorganizować życie, żeby wygospodarować na to czas. Na tym właśnie polega magia pasji. Jeśli coś daje Ci spełnienie, czas i energia w jakiś sposób się znajdą. Życie bez pasji jest jak niedoprawiony obiad – mdłe, bez smaku, a po chwili nawet nie pamiętasz, że cokolwiek jadłeś.

■ Czy muzyka jest dla Ciebie sposobem na odreagowanie trudnych doświadczeń zawodowych? A może sama bywa źródłem stresu?

Muzyka towarzyszy mi od tak dawna, że stała się naturalnym sposobem wyrażania emocji. Jest źródłem wzruszeń, wrażliwości, ale przede wszystkim czystej radości. Pozwala mi odreagować stres, zmęczenie czy smutek, ale jest też sposobem celebrowania szczęścia i czerpania motywacji do życia. Oczywiście muzyka to również wyzwania. Nieustanna potrzeba doskonalenia warsztatu, tworzenia nowych rzeczy i grania z doskonałymi muzykami. Miałem ogromne szczęście spotkać na swojej drodze wielu znakomitych artystów.

Każde takie spotkanie jest inspiracją i motywacją do dalszej pracy.

■ Czy historie pacjentów, z którymi spotykasz się w codziennej pracy, znajdują odzwierciedlenie w Twojej twórczości?

Oczywiście. Kontakt z pacjentami, ich cierpieniem i prawdziwymi życiowymi problemami uczy pokory. Pozwala też docenić to, co mamy. Wszystkie teksty, które piszę, są inspirowane autentycznymi emocjami – zarówno tymi, których doświadczam w życiuprywatnym, jak i zawodowym. Ludzie bardzo szybko wyczuwają sztuczność, udawane emocje i nieszczerość. Pisząc teksty czy interpretując utwory, trzeba odsłonić część siebie. Tylko wtedy przekaz jest prawdziwy i może poruszyć drugiego człowieka.

■ Udział w „The Voice of Poland” przyniósł Ci ogólnopolską rozpoznawalność. Co zmieniło się od tego momentu? Czy popularność dotarła również do gabinetu lekarskiego?

Zmieniło się naprawdę bardzo dużo. Rok później udało mi się wystąpić podczas koncertu Debiutów na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Pamiętam, jak oglądaliśmy festiwal całą rodziną. To było jedno z moich największych marzeń z dzieciństwa. Rozpoznawalność przełożyła się na kolejne koncerty, wydanie singli, występy na dużych scenach, również telewizyjnych i teatralnych, a także współpracę ze świetnymi muzykami i producentami. Oczywiście popularność dotarła również do gabinetu. Często słyszę od pacjentów bardzo miłe słowa. Zdarza się nawet, że po zakończonej wizycie proszą o wspólne selfie. Nigdy nie odmawiam! (śmiech). Na szczęście do tej pory spotykałem się z bardzo pozytywnym odbiorem mojej działalności muzycznej.

■ A jak na Twoją muzyczną aktywność reagują koledzy lekarze?

Bardzo dobrze. Często pytają o koncerty, czasami pojawiają się też na widowni. Podobnie pacjenci – zdarza się, że podczas wizyty rozmowa na chwilę schodzi na temat muzyki, ktoś pyta o najbliższy występ albo po prostu mówi coś miłego. Bardzo sobie to cenię. Nie spotkałem się osobiście z negatywnymi reakcjami ze strony środowiska lekarskiego. A nawet gdyby takie były, to trudno. Jestem już zaszczepiony na hejt i zupełnie się nim nie przejmuję! (śmiech).

■ Jako neurolog i muzyk masz szczególną perspektywę na wpływ dźwięków na ludzki mózg. Jak oceniasz znaczenie muzyki dla emocji, pamięci i samopoczucia?

Muzyka ma niezwykłą moc. Potrafi przynieść ukojenie w bólu, cierpieniu czy tęsknocie, ale również pobudzić do działania, dać motywację i wyrwać człowieka ze stagnacji. Żartuję czasem, że jest bezpłatnym lekiem na całe zło. Muzyka rozwija nie tylko pamięć, ale przede wszystkim wrażliwość. Dzięki niej inaczej odbieramy świat i możemy wyrażać emocje, których czasem nie potrafimy opisać słowami – miłość, strach, samotność, złość, szczęście czy spokój. Towarzyszy nam w najważniejszych momentach życia.

Ja osobiście nie wyobrażam sobie bez niej nawet jednego dnia.

■ Po raz drugi bierzesz udział w Lubelskiej Akcji Charytatywnej.

Co sprawia, że tak chętnie angażujesz się w przedsięwzięcia, których celem jest pomaganie innym?

Od zawsze gram koncerty charytatywne. Czasami są to niewielkie, lokalne wydarzenia, innym razem duże, ogólnopolskie przedsięwzięcia. Uważam, że jeśli tylko mam możliwość, a udział nie koliduje z wcześniej zaplanowanymi zobowiązaniami rodzinnymi czy zawodowymi, to wręcz moim obowiązkiem jest zagrać, zaśpiewać i dołożyć kawałek serca. Zwłaszcza jeśli wiem, że moje zaangażowanie może przełożyć się na realną pomoc konkretnej osobie, placówce czy fundacji. To bardzo proste – zawsze trzeba być przede wszystkim człowiekiem.

■ Tegoroczny spektakl „Długa kronika rodzinna” wspiera Oddział Neurologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie. Jako neurolog zapewne szczególnie utożsamiasz się z tym celem. Co tym razem przygotowujesz dla publiczności?

Jako neurolog jestem naprawdę dumny, że mogę wesprzeć właśnie Oddział Neurologii Dziecięcej. W tym roku czeka mnie jednak znacznie większe wyzwanie niż poprzednio. Oprócz zaśpiewania jednego z utworów zostałem zaproszony przez Tomka Momota do przejęcia roli gitarzysty w jego zespole podczas całego spektaklu i koncertu. To ogromne wyróżnienie, ale również duża odpowiedzialność. Wymaga perfekcyjnego przygotowania, wielu godzin ćwiczeń i naprawdę solidnej pracy. Zespół gra na najwyższym poziomie, więc zrobię wszystko, żeby ten poziom utrzymać! (śmiech).

■ Występowałeś w Opolu, dotarłeś do finału „The Voice of Poland”, współpracowałeś z uznanymi artystami. Jakie muzyczne marzenie pozostaje jeszcze do spełnienia? I co powiedziałbyś lekarzom, którzy swoje pasje odkładają na później?

Udało mi się spełnić wiele marzeń, które kiedyś wydawały się zupełnie nieosiągalne. Wystąpiłem na festiwalu w Opolu, który od dzieciństwa oglądałem z rodziną. Poznałem wielu artystów, których muzyki słuchałem i których podziwiałem. Z niektórymi miałem nawet okazję stanąć na jednej scenie. W pewnym sensie czuję się więc spełniony. Ale głód tworzenia nowych utworów i koncertowania nigdy nie mija. Chciałbym dokończyć solową płytę. Przede mną również kilka ciekawych projektów ze znakomitymi muzykami. Dzisiaj stawiam przede wszystkim na jakość i autentyczność tego, co pokazuję publiczności. Bardzo świadomie wybieram miejsca i okoliczności koncertów. Chcę tworzyć muzykę, która daje mi prawdziwą radość, bez niepotrzebnej kalkulacji. A lekarzom, którzy odkładają swoje pasje na później, powiedziałbym jedno: nie róbcie tego! Prawdziwa pasja zawsze znajdzie miejsce, nawet w najbardziej napiętym kalendarzu. Życie jest krótkie, a my, lekarze, wiemy o tym chyba najlepiej. Wiemy również, że tego upragnionego „jutra” czy „później” może po prostu zabraknąć.

Dlatego nie odkładajmy marzeń. Warto realizować je tu i teraz.

Dziękuję za rozmowę!