I śmierć nie ulega już powątpiewaniu
A gdyby dziś, chirurdzy zakopywali w ogródkach pozostałości z ćwiczeń anatomicznych… W listopadowym nastroju, lektura z pogranicza medycyny, higieny i prawa. Przypominamy XIX‑wiecznego autora, który uświadamia, jakim wyzwaniem dla jego współczesnych było ustalenie zgonu. Do jakich metod uciekali się lekarze, by mieć pewność śmierci. A jeśli już zgon nastąpił, to co dalej…
Kiedy Stanisław Wojciech Łukowskich pisał w Karlsruhe „Oględziny i grzebanie ciał zmarłych. Ze stanowiska higieny publicznej”, w Lublinie cmentarz „Pod Lipkami” był trzymorgowym terenem ogrodzonym parkanem i jak alarmował Dozór Kościelny: założonym zupełnie trupami. Nekropolia położona za ostatnią linią obrony miasta już wtedy, jak wskazywała zwyczajowa nazwa, obsadzona była lipami.

Co ciekawe, w świetle publikacji sprzed blisko 150 lat, pomysł dawnych lublinian, by sadzić przy cmentarzu lipy był zły, powinni wybrać inne gatunki drzew. Najlepsze dla cmentarzy, bo „korzenie ich i liście pochłaniają produkty rozkładu oraz kwas węglany i wydalają w powietrze wilgoć gruntu” to: topole, brzozy, wierzby i osiny.
XIX wiek był czasem zmian kulturowych. Zmarli przestali należeć do Kościoła, a ich ciała znikać w bezimiennych, przekopywanych wedle potrzeb grobach. Cmentarz stał się ważnym miejscem, gdzie zmarłych się odwiedza. Wcześniej nie było to praktykowane. Równocześnie wraz z rozwojem medycyny i dbaniem o stan sanitarny pojawiały się publikacje, jak ta Łukowskiego.
Została wydana w Warszawie, jak to się wówczas mówiło, czcionkami „Gazety Lekarskiej”. W „Oględzinach i grzebaniu ciał zmarłych. Ze stanowiska higieny publicznej” autor korzysta z dorobku uznanych wówczas medycznych autorytetów, głównie lekarzy niemieckich: Friedrich Oesterlen i Louis Pappenheim czy francuskich jak Michel Lévy. O nim samym wiemy niewiele: data urodzin 1843 i śmierci 1879.
Tylko niewątpliwie zmarłych
– Znanych jest kilka niewątpliwych objawów rzeczywistej śmierci: stężenie oraz brak kurczliwości mięśni pod wpływem elektryczności lub galwanizmu, brak bicia serca wyśledzony przez wysłuchiwanie (auskultacya) i zgnilizna. Pierwsze z tych pojawów mogą być czasowe, drugi sprawdza się przez doświadczenie, ostatni następuje dość późno i poznaje się dochodzeniem, niepozbawionem niebezpieczeństwa i przykrem. Z powyższego zatem wynika, że bezpośrednim i jedynie pewnym objawem rzeczywistej śmierci, jest zupełny brak bicia serca. Dlatego nie myślimy, aby trzeba było odkładać pogrzebanie do pojawienia się pierwszych oznak gnicia (zielonawe zabarwienie brzucha z odęciem i szczególną wonią), jeśli biegli specyaliści przekonają się o zupełnem ustaniu bicia serca, dwukrotnie: w chwilę śmierci, i po upływie prawnego terminu na pogrzebanie – pisze Łukowski.
To powtórne zaświadczenie zostało wprowadzone po doniesieniach lekarzy, którzy widzieli i opisali powrót do życia noworodków i osób chorych na cholerę.
We Francji ówczesne przepisy zalecały odłożenie pogrzebania na 24 godziny po śmierci i poświadczenie zmarłego przez cywilnego urzędnika. W Wiedniu i Salzburgu, grzebanie nakazane było nie wcześniej jak w 48 godzin po zgonie, w Saksonii i Ansbach (Bawaria) w 72 godziny.
Michel Lévy, profesor w paryskim szpitalu „Val‑de‑Grâce” i dyrektor Cesarskiej Szkoły Medycyny i Farmacji w Val‑de‑Grâce przeprowadzał eksperymenty nad metodami stwierdzenia zgonu. Chodzi, jak przytacza Łukowski, o przypalanie rozgrzanym do czerwoności żelazem.
– Działanie rozpalonego żelaza nigdy nie sprowadza na tkankach trupa, ani strupów, ani zaczerwienienia w postaci koła lub czerwonego paska; lecz ażeby żar podziałał widocznie na część obumarłą, potrzeba żelazo mocno rozpalić i po przyłożeniu potrzymać przez pewien czas. Stopień gorąca i długotrwałość przypalania, wystarczają na zniszczenie całej grubości skóry u osoby żyjącej, a u zmarłej zaledwie wywołują wysychanie naskórka i zwiędnienie skóry; przy wyższym stopniu gorąca i dłuższem przypalaniu, żelazo sprowadza proste zwęglenie, bez żadnego objawu nadymania lub zapalenia skóry w około miejsca przypalonego. Próba ta, według naszego zdania, stanowczo jest pewną i zawsze łatwo się da zastosować – pisze w swojej książce powołując się na Francuza.
Przytacza też sposób podany przez dr. Magnusa, polegający na ściągnięciu mocno nicią lub szpagatem ręki osoby zmarłej poniżej ramienia. U kogoś na pozór zmarłego miejsce się zaczerwieni, następnie zsinieje aż do przejścia w błękit i zostawi po sobie biały prążek. U trupa zaś tak się nie stanie.
Maisons mortuaires
Już w XVIII wieku w Weimarze a potem we Francji zaczęto urządzać domy przedpogrzebowe. Trzymano tam zwłoki, które miały dzwonki na sznurkach przeprowadzonych do palców u rąk i nóg. W ten sposób próbowano uniknąć pochowania osób żyjących.
W Warszawie pierwszy dom przedpogrzebowy, tak zwany Morgue, urządzony został w 1844 r. „podług dyspozycyi Rady Lekarskiej” na rogu ul. Wareckiej i Szpitalnej. Instytucja ta została potem przeniesiona do zabudowań cmentarza Powązkowskiego, na wprost kościoła.
W Lublinie dom przedpogrzebowy, którego jeden z pokoi był przeznaczony dla osób w letargu, postawiono w 1872 roku. Zamiast sznurków był drut, który z jednego końca miał pierścienie zakładane na nogi i ręce nieboszczyka, a z drugiej dzwonek wiszący w pokoju zajmowanym przez felczera.
W ogrodzie chirurga
Trudno sobie dziś wyobrazić eksperymenty, jakie w XIX wieku przeprowadzał dr Orifla, który zakopywał zwłoki w różnego rodzaju podłożu od piachu z kamieniołomów, przez ziemię wapnistą do ogrodowej. Po jakimś czasie sprawdzał rezultaty.
We Francji przyjęto, że w ciągu 5 lat, jedno i to samo miejsce, nie służyło dwa razy do pogrzebania. W Niemczech nie wolno było chować zwłok w starych grobach wcześniej jak w 10‑15 lat. Łukowski wspomina lekarzy, którzy eksperymentalnie sprawdzali jak długo trupy zmieniają się w szkielety i uznali, że działo się tak po upływie 15‑18 miesięcy, chociaż ciała były ubrane i w trumnach. Ale chirurg, dr Petit, zakopał w ogrodzie szczątki trupa, który służył mu do ćwiczeń i zastał ślady tegoż, jeszcze po dwóch latach.
Te i inne badania miały na celu ustalenie czasu rozkładu, jak i zasięg zanieczyszczeń. Dało to podstawy do określenia zasad organizacji cmentarzy oraz wytycznych co do ich sąsiedztwa. Chodziło przede wszystkim o ochronę wody pitnej i podstawę stworzenia przepisów mówiących w jakiej odległości od cmentarzy można bezpiecznie kopać studnie.
Szkodliwe wyziewy
Łukowski pisze też o absolutnym potępieniu zwyczaju pochówków na terenie kościołów, zamków i opactw. Przywołuje postać holenderskiego chirurga i rektora Katolickiego Uniwersytetu w Leuven, który już w XVIII wieku aby poprzeć zniesienie grobów w kościołach, kazał się pochować na zewnątrz murów kościelnych. Na płycie miał być napis: Filip Verheyen, doktor medycyny i profesor, część swą znikomą polecił złożyć tutaj na cmentarzu, aby kościół nie był zbezczeszczony lub zatruty szkodliwymi wyziewami.
Tu konieczna dygresja: bo, to ten sam Filip Verheyen, który jest bohaterem powieści „Bieguni” Olgi Tokarczuk. W czasie studiów, wskutek zakażenia, musiał mieć amputowaną nogę. Kończynę spreparowano, bo pacjent jako osoba religijna chciał być pochowany w całości i tak doczekać zmartwychwstania. Po latach, Verheyen, cierpiący na bóle fantomowe, zainteresował się anatomią i chirurgią, zajął się sekcją własnej kończyny odkrywając ścięgno Achillesa. Z notatek wynika, że jego celem było udowodnienie, iż dręczący go ból w rzeczywistości pochodził z amputowanej kończyny wykluczając tym sposobem przyczyny psychosomatyczne.
Jak po bitwie
W Londynie w 1849 roku powstało towarzystwo spalaczy. Zajmowali się oni kremacją zwłok. W Paryżu też zaczęto zwracać uwagę na korzyść palenia trupów. Lekarze zauważali, że w miastach, gdzie przybywało ludzi, grunt coraz bardziej był zanieczyszczony i „wszystkie inne sposoby zniszczenia ciał zmarłych, z czasem muszą ustąpić miejsca, paleniu”. Przypominali, że do tego sposobu uciekano się w nadzwyczajnych okolicznościach – po bitwach czy w czasie epidemii.
Oprócz względów sanitarnych, w kremacji widziano korzyści ekonomiczne, oszczędzano miejsce do grzebania.
– Trudno pojąć, dlaczego nie oddajemy pierwszeństwa w paleniu zmarłych, które jak wiadomo niszczy zupełnie niebezpieczne istoty zaraźliwe wraz z gnijącemi trupami – zastanawia się autor.
Przepisy i zalecenia
Stanisław Wojciech Łukowski na końcu książki zamieszcza wzory dokumentów, jakie wówczas obowiązywały jak „Świadectwo oględzin” i „Świadectwo śmierci”. Robi też wypis z przepisów, głównie niemieckich, dotyczących zasad pochówków, transportu zwłok itp. a nawet z zaleceniami, że cmentarze opuszczone powinny być zamknięte przez przynajmniej 5 lat, po tym czasie można je oddać pod zasiew lub sadzenie drzew. Rozkopywanie i stawianie budynków wymaga, by upłynęło lat 20 a nawet 40.
Janka Kowalska
Korzystałam z „Cmentarz rzymskokatolicki przy ul. Lipowej”.


