Dzień z pracy lekarza POZ

Opublikowano: 3 maja, 2026Wydanie: Bez wydania3,9 min. czytania

KOLEJNY DZIEŃ

Czy gdyby udało się cofnąć czas, nadal chciałabym pracować w przychodni i być lekarzem rodzinnym? Taka refleksja pojawiła się u mnie w Wielkanoc po telefonie mojej pacjentki, czy jechać z mężem do szpitala (duszność i pieczenie za mostkiem, po zawale), czy czekać, bo za 3 dni ma koronorografię, a przecież jest święto. Oczywiście kazałam natychmiast wezwać pogotowie i wszystko powiedzieć tak jak mnie. Okazało się, że to był następny zawał. Znam tę rodzinę od lat, ich dzieci, wnuki. Nie leczę wszystkich, bo rozjechali się po świecie. Do mnie zadzwonili.

To jest to, co powoduje, że nie zmieniłabym decyzji, co chcę w życiu robić.

W czasach, kiedy kończyłam studia, decyzja o specjalizacji w wielu wypadkach była przypadkiem. Pracowało się tam, gdzie było miejsce, a nie gdzie się chciało. Dzisiaj młodzi lekarze mają trochę łatwiej, nie zawsze mogą robić to, o czym marzą, ale jest trochę więcej możliwości.

Oczywiście borykamy się, jak wszyscy, z wieloma problemami, ale kto ich dzisiaj nie ma.

Główne problemy to przeogromna biurokracja i nieograniczona twórczość urzędników różnych szczebli. Ilość i rodzaje zaświadczeń, jakie można wymyślić, trudno zebrać w jakikolwiek katalog, zawsze ktoś wymyśli coś nowego. Ostatni przykład to „tylko podpisać” zaświadczenie, że pani lat 82 może brać udział we wszystkich ćwiczeniach i zabiegach w ramach nowego programu aktywizacji seniorów. Jakie to będą zabiegi, już nienapisane. Pacjentka ma zaawansowaną osteoporozę, jest po operacji protezowania stawu biodrowego i kolanowego, czeka na następne protezy. Czy mogę odpowiedzialnie „tylko podpisać”, nie wiedząc na co? Nie mogę i nikomu nie radzę.

Druga ciekawostka z dzisiaj. Koleżanka po wizycie domowej u pacjentki z dusznością, niewychodzącej z domu, z demencją, 86 lat (wizyta na prośbę syna) wysłała chorą z saturacją 88% do szpitala. Bo co można zrobić w domu w piątek o 14.00? Jakież było jej zdziwienie, gdy w poniedziałek syn ponownie poprosił o wizytę.

Matkę wypisano po kilku godzinach z SOR-u, nie stwierdzono zapalenia płuc, tylko zaostrzenie POCHP. Najciekawszy był jednak wpis w karcie informacyjnej: „pacjentka nie wie, z jakiego powodu znalazła się w szpitalu, zgłosiła się do przychodni po wypisanie leków”. Czytam i nie wierzę. Mam pełną świadomość, że wielokrotnie pacjenci zgłaszają się na SOR, bo wiedzą, że będą mieli wykonane więcej badań bez czekania do specjalisty, wystarczy kilka czy kilkanaście godzin w szpitalu. Ale czy naprawdę ktoś uwierzył, że lekarz poszedł na wizytę domową wypisać leki i bez powodu wysłał pacjentkę do szpitala?

Staram się, mówiąc o pracy lekarzy w różnych miejscach naszego systemu ochrony zdrowia, widzieć dobre i złe strony.

Ale złośliwości, szczególnie w stosunku do pacjentów albo za ich pośrednictwem, nie jestem w stanie zrozumieć. Czy dorobimy się normalnych form kontaktowania się? Staram się wielokrotnie dzwonić do kolegów w sprawach pacjentów, nawet jeżeli „pani doktor przyjmuje w czwartki od 14.00 i łączy się przez sekretariat” — co nie jest łatwe. Wiem, że nie mamy czasu, ale zachowajmy jakieś formy przyzwoitości.

Ostatnio kolega skarżył się, że ktoś napisał do Ministerstwa Zdrowia skargę na lekarza z jego oddziału i ministerstwo nakazało zaniechać praktyk łamiących prawa pacjenta i na zlecane badania pisać skierowania, a nie wysyłać do lekarza rodzinnego. Pacjent leżący, do lekarza rodzinnego blisko, wydaje się logiczne. Kolega pyta, dlaczego nikt nie zadzwonił, tylko od razu skarga. Telefon działa w dwie strony. Czy ktoś zadzwonił do tego lekarza w przychodni i powiedział, o co chodzi? Przez 35 lat pracy nie pamiętam takiego telefonu w sprawie jakiegokolwiek pacjenta.

Mnie się zdarza dzwonić czasami po kilka razy w miesiącu.

Przychodnie w małych miejscowościach coraz częściej się zamykają ze względu na brak chętnych do pracy. Ostatnio głośno było o zamknięciu przychodni w Jastrzębiej Górze. Doktor się rozchorował i nikt chętny się nie znalazł. Młodzi lekarze wolą pracować w mieście, w większym zespole, a nie samemu od rana do wieczora, nawet urlop jest tylko wtedy, jak znajdzie się ktoś na zastępstwo, a z tym coraz gorzej.

Ale skoro stwierdziłam, że nie zmieniłabym specjalizacji, to czas się zabrać do pracy, a nie marudzić. Mam do wypisania jakieś 50 recept i będzie można pójść do domu. Jutro też jest dzień!

Wioletta Szafrańska-Kocuń

specjalista medycyny rodzinnej

Pozostałe artykuły w numerze:

Zobacz także