Dzień z pracy lekarza POZ

Opublikowano: 1 października, 2026Wydanie: Medicus (2026) 10/2026Dział: 4,3 min. czytania

CZWARTEK

Każdy dzień pracy lekarza rodzinnego przynosi niespodzianki, nigdy się nie nudzę. Strasznie nie lubię pracować w piątek po południu i dzisiaj rozpoczęłam od awantury z córką naszej pacjentki. Na zewnątrz prawie 40 stopni w cieniu, starsza pani zasłabła w domu, córka wezwała pogotowie i pan ratownik zlecił „podłączenie kroplówki, bo pacjentka odwodniona” (w jego opinii). Córka życzy sobie, żebyśmy zrealizowali „polecenie”.

Żadne tłumaczenie, że nie wykonujemy takich „poleceń” i w tym momencie nie mam szans pójść na wizytę domową, nie pomaga.

Pacjenci rejestrowani co 15 minut do 18.00. Żaden argument nie skutkuje. Wysyłam panią pielęgniarkę, w razie czego może dam radę ją zastąpić. Okazuje się, że pacjentka przytomna, w kontakcie, tylko nie pije płynów od rana, bo wybierała się z córką na zakupy i nie chciała szukać toalety. Dostała zalecenie zostania w domu, przewietrzenia mieszkania i picia wody, a w razie pogorszenia samopoczucia wezwania pogotowia. Pójdę po 18.00, to zobaczę, co dalej.

Mamy w naszej ochronie zdrowia problem z podziałem kompetencji i tak zwaną spychologią. Pan ratownik mnie „zleca” jakieś czynności i jedzie dalej. Ma pełną świadomość (a przynajmniej powinien mieć) realiów pracy lekarza w przychodni. Lekarze POZ nie mają nagłych wizyt, tylko planowe, a od stanów nagłych jest właśnie pogotowie.

Ale organizatorzy systemu ochrony zdrowia nie mogą się zdecydować na jasne określenie kompetencji, bo chaos powoduje, że łatwiej wskazać winnego i rzadko jest to Ministerstwo Zdrowia czy NFZ.

My lekarze też mamy problem z określeniem naszych kompetencji i wcale nierzadko stosujemy przywołaną spychologię.

Lekarze SOR protestują i mówią, że wysyłamy do nich pacjentów niepotrzebujących leczenia szpitalnego, a powinniśmy ich diagnozować i leczyć sami. Oczywiście każda sytuacja jest inna i pewnie tak też bywa, ale każdy kij ma dwa końce.

Najlepiej by było, gdybyśmy mogli zadzwonić i poinformować lekarza na SOR, dlaczego wysyłamy pacjenta. Twórcy systemu nie przewidzieli jednak takiej możliwości. Próbowałam jakiś czas temu organizować w Izbie Lekarskiej spotkania lekarzy lecznictwa otwartego z lekarzami SOR (kilkukrotnie) i wypracować jakąś strategię i zasady postępowania. Jednak w dużym mieście, przy kilku SOR-ach i braku zaangażowania osób odpowiedzialnych za system, okazało się to nierealne. Możemy rozmawiać nawet w kilkadziesiąt osób, ale na tym poziomie nie naprawimy systemu. Miałam nadzieję na rozwiązywanie przynajmniej bieżących konfliktów, ale nie wiem, czy nawet to jest realne. Duża rotacja lekarzy na SOR-ach na pewno nie sprzyja rozmowom i ustaleniom.

Potrzebna jest dobra wola z obu stron i nakreślenie celu takiego postępowania. Dla mnie celem jest, żebyśmy ze sobą rozmawiali i wyjaśniali na bieżąco nasze wątpliwości, a nie robili tego za pośrednictwem NFZ czy Rzecznika Praw Pacjenta. To powinna być ostateczność (przy braku woli współpracy).

Lubię przedstawiać sprawę na przykładach. Pacjentka z silnymi bólami głowy od trzech dni (źrenice równe, ciśnienie w normie, objawy oponowe ujemne, 55 lat), najszybszy termin do neurologa za trzy tygodnie. Wysłałam ją na SOR. Komentarz (wg męża) na początek był taki, że znowu nie chce nam się leczyć i zrobić chociaż tomografii. Nie mamy w kompetencjach TK głowy, jedynie klatki piersiowej (i to w szczególnych sytuacjach) oraz tętnic wieńcowych – u pacjentów bez postawionej diagnozy.

U pacjentki wykryto tętniaka. Cieszę się, że nie wysłałam jej do neurologa za miesiąc, bo nie wiem, czy by doczekała.

Każda sytuacja jest inna i w mojej ocenie musimy ze sobą rozmawiać, ale nie za pośrednictwem pacjentów i ich rodzin, bo to nie poprawia naszego wizerunku. Szczególnie teraz przy tak ogromnym ataku rządzących na lekarzy.

Pacjenci są coraz bardziej roszczeniowi i wielokrotnie wykorzystują różne sytuacje, żeby coś uzyskać. Ostatnio zaskoczyła mnie sytuacja w jednej z przychodni. Zgłosiła się osoba z bólami kręgosłupa, dostała leczenie i lek przeciwbólowy domięśniowo (doraźnie). Następnego dnia była już z pismem od prawnika i żądaniem kilkudziesięciu tysięcy złotych odszkodowania, bo nie została poinformowana, że po iniekcji nie może korzystać z publicznych toalet, a jest kierowcą tira. Brzmi niewiarygodnie, ale jest z życia wzięte.

Różne nieporozumienia między nami lekarzami pacjenci wielokrotnie wykorzystują w sprawach sądowych i w skargach do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. ROZMAWIAJMY ZE SOBĄ, a wiele spraw nabierze zupełnie innej rangi. Nie naprawimy sami systemu, ale nauczymy się może wzajemnego szacunku i spróbujemy się wzajemnie zrozumieć. Jest takie stare przysłowie „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, ale zawsze można przynajmniej na chwilę spróbować się przesiąść.

Pora kończyć i wracać do domu, łapać ostatnie chwile lata z wnukami, bo czas leci nieubłaganie i zaraz będą miały lepsze pomysły niż zabawy z babcią.

Wioletta Szafrańska-Kocuń

specjalista medycyny rodzinnej