Rwali i łatali – czyli gabinet na kołach

Opublikowano: 27 lutego, 2024Wydanie: Medicus (2024) 03/2024Dział: 2,3 min. czytania

„Ambulans ruchomy to nie był pojazd, w którym zainstalowany był sprzęt stomatologiczny. Było to tylko skierowanie do pracy na wsi w PGR-ach, spółdzielniach produkcyjnych lub innych zakładach pracy ulokowanych na wsiach. Majątkiem takiego ambulansu było parę tekturowych kartonów zawierających dwa sterylizatory z narzędziami dentystycznymi, polowa nożna maszyna dentystyczna, polowy fotel z UNRR-y, mały palnik i 5-litrowy  kanister z denaturatem oraz trochę materiałów i cementów do plombowania zębów” – to fragment wspomnień Elżbiety, warszawianki, która po ukończeniu studiów w 1955 r. podlegała nakazowi pracy. Aby nie stracić stołecznego meldunku, zdecydowała się na pracę w ruchomym ambulansie (ambulans nie wymagał zmiany meldunku) i jako młoda dentystka wyruszyła w podróż po wsiach Lubelszczyzny.

– Gdy oznajmiłam, że chcę pracować w objazdowym gabinecie, komisja omal z krzeseł nie pospadała! Na wieś przecież nikt nie chciał jechać. Przedstawiciele dwóch województw: białostockiego i lubelskiego wymieniali miejscowości, których nazwy nic mi nie mówiły: Bełżyce, Chodel i tym podobne. Wymyśliłam, że skoro najmniej znam Lubelszczyznę, to tam właśnie pojadę. W ten sposób trafił mi się ambulans numer trzynaście.

Na swojej pierwszej placówce – w Wilkowie nad Wisłą – Elżbieta stawiła się 2 stycznia 1956 r. Historie jej i wielu innych młodych dentystów to reportaż Aleksandry Kozłowskiej, której mama Teresa przeżyła podobną przygodę, gdy rozpoczynała pracę zawodową.

Książka Ambulans jedzie na wieś… to nie tylko fascynujący, chwilami mrożący krew w żyłach kawałek historii polskiej medycyny. To także barwny portret powojennej wsi, obyczajów, przesądów, warunków, w jakich wtedy żyli ludzie. Jeśli chodzi o stomatologię, to braki były ogromne! Ludzie po wojnie mieli straszliwie zniszczone zęby. – Na Lubelszczyźnie szczególnie, bo uprawiano tu buraki cukrowe. Nie było wiedzy o higienie. Próchnica szalała. Czasem nawet zęby dobrze nie wyrosły, a już były popsute. Jedyne, co można było zrobić, to usunąć – wspomina jedna z dentystek. Plombowali też, czym mogli, częściej rwali. Tłumaczyli, jak używać szczoteczki do zębów. Walczyli nie tylko z szalejącą próchnicą, lecz także z ludzką niewiedzą, bólem i strachem. Zdarzało się, że musieli przyszyć odcięty palec albo odebrać poród. Niektórzy na ich widok uciekali, choć częściej ustawiały się kolejki. Dla wielu pacjentów był to pierwszy w życiu kontakt z lekarzem. Ból zębów leczyło się wódką i okładami z piasku.

Anna Augustowska

Aleksandra Kozłowska, Ambulans jedzie na wieś. Śladami objazdowych wyrwizębów, Wydawnictwo Znak, 2024.