Trenować umysł i ciało

Opublikowano: 30 stycznia, 2026Wydanie: Medicus (2026) 01-02/2026Dział: 7,5 min. czytania

Z Jarosławem Grochowskim, lekarzem rodzinnym, pasjonatem kolarstwa i gry w szachy, rozmawia Anna Augustowska.

Od ilu lat towarzyszą Panu szachy?

Od końca szkoły podstawowej i żałuję, że zacząłem grać tak późno. Uważam, że najlepsze efekty osiąga się, zaczynając grać już jako kilkuletnie dziecko, które ma chłonny umysł i szybko przez zabawę przyswaja zasady gry, uczy się debiutów, kombinacji szachowych oraz jak skutecznie dać mata.

Zacząłem grać dzięki starszemu koledze Pawłowi, który pokazał mi pierwsze ruchy na szachownicy i zapoznał z regułami gry. Tak się zaczęła moja przygoda z szachami. Lubiliśmy grać wieczorami kilka partii. Z czasem zacząłem coraz bardziej interesować się tą grą i dzisiaj mogę powiedzieć, że byłem samoukiem, bo ani w szkole podstawowej, ani później w liceum, do którego chodziłem w Łukowie, nie było kółek szachowych, nie miałem też instruktorów.

W czasie studiów na lubelskiej Akademii Medycznej, mimo że siłą rzeczy trochę ograniczyłem swoją pasję, gdyż nauka stała się najważniejsza, startowałem w turniejach szachowych organizowanych w czasie Medykaliów i nawet raz wygrałem.

Poza tym na studiach trenowałem także siatkówkę w AZS, dwukrotnie zdobywając, wraz z kolegami z drużyny AM Lublin, złoty medal Mistrzostw Polski Akademii Medycznych w siatkówce w 2005 i 2007 r. Miałem to szczęście, że spotkałem na swojej siatkarskiej drodze świetnego trenera Andrzeja Welcza. Wraz ze mną w drużynie grali m.in.: prof. dr hab. n. med. Łukasz Matuszewski (znany ortopeda dziecięcy) — wieloletni rozgrywający i kapitan naszej ekipy, dr n. med. Andrzej Ciszewski, dr n. farm. Dariusz Jałoza — ówczesny gracz Avii Świdnik. Na naszych treningach również często pojawiał się Maciej Krzaczek, jeden ze współzałożycieli i obecny wiceprezes Bogdanki LUK Lublin.

Po studiach zacząłem doskonalić grę w szachy, głównie na komputerze. W dowolnej chwili i miejscu mogłem rozegrać partię on-line z dowolnym graczem na świecie o zbliżonej sile gry na jednej z dostępnych platform szachowych.

Teraz biorę udział w corocznych Ogólnopolskich Mistrzostwach Lekarzy i Prawników w Szachach Szybkich i Błyskawicznych, które organizują LIL Lublin oraz OIRP Warszawa. W tym roku w klasyfikacji szachów szybkich i generalnej zająłem pierwsze miejsce, a w szachach błyskawicznych byłem drugi.

Czyli szachy to odpoczynek i relaks…

To przede wszystkim doskonały trening umysłu, logicznego myślenia, a także sztuka niekonwencjonalnych rozwiązań i dyscypliny czasowej. Wspaniale pozwala się oderwać po pracy od natłoku myśli, zresetować umysł i przywrócić równowagę. Polecam każdemu, uważam, że nigdy nie jest za późno na naukę gry w szachy.

Rower i długie, wręcz wyczynowe wyprawy, które są Pana udziałem, to też forma odpoczynku?

Uważam, że szachy wyrabiają kondycję umysłową, a rower — fizyczną. Bardziej wyczynowo jeżdżę na rowerze od czterech lat, a zawdzięczam to mojemu przyjacielowi Maciejowi Sosnowskiemu, który doradzał mi w pierwszych wyborach sprzętu i akcesoriów niezbędnych w tej dyscyplinie sportu. Chętnie pomaga mi również w serwisowaniu rowerów. Razem z Maciejem i Piotrem często w weekendowe, bardzo wczesne poranki wyruszamy na treningi liczące do 100 km w różne zakątki Lubelszczyzny, najbardziej lubię jeździć w okolice Nałęczowa. W 2024 r. wspólnie przejechaliśmy rowerowy Szlak Wokół Tatr. To około 260 km niezapomnianych, wspaniałych widoków na Tatry. Planujemy kolejne wyprawy.

Wcześniej rower traktowałem jako hobby. W 2025 r. przejechałem łącznie ponad 12 tys. km, m.in. biorąc udział w dwóch ultra maratonach rowerowych liczących ponad 1000 km każdy.

Od dwóch lat startuję również w Mistrzostwach Polski Lekarzy w kolarstwie szosowym organizowanych corocznie na przełomie maja i czerwca w Bychawie.

A zaczęło się…

Gdy byłem małym dzieckiem, początkowo pożyczałem rower starszego brata. Nikt mnie nie uczył jazdy. Nauczyłem się sam metodą prób i błędów. Do jazdy nie zniechęcił mnie nawet fatalny w skutkach wypadek, kiedy jadąc rowerem, zostałem potrącony przez samochód, a połamaną rękę trzeba było operacyjnie składać w szpitalu w Otwocku.

W rozwijaniu pasji rowerowej zapewne jest wielka zasługa ks. Mirosława Krupskiego z naszej rodzinnej parafii w Wojcieszkowie, który w wakacje organizował tygodniowe pielgrzymki rowerowe w różne zakątki Polski, m.in. na: Polesie Lubelskie, Mazury, Hel. Każdego dnia pokonywaliśmy po około 60-90 km. Spaliśmy w namiotach, lokalnych szkołach albo w domach parafialnych.

To były wspaniałe wyprawy. Uczyły wytrwałości, koleżeństwa i odwagi. Na studiach rower odstawiłem na boczny tor.

Jednak to rowerem wrócił Pan do domu po uzyskaniu dyplomu.

Tak. Za zaoszczędzone pieniądze pod koniec studiów kupiłem na giełdzie w Elizówce rower górski, którym wróciłem z Lublina do rodzinnego domu, trasa liczyła około 75 km. Co prawda, za chwilę zaczęła się praca zawodowa, założyłem rodzinę, pojawiły się dzieci i na rowerowe wyprawy zabrakło czasu. Jednak pasja zwyciężyła.

Gdy dzieci Edytka i Adaś były małe, często z żoną Anią organizowaliśmy wyjazdy po okolicy. Gdy podrosły, często na wyjazdy weekendowe zabieraliśmy rowery i zwiedzaliśmy różne miejsca na dwóch kółkach. Jeden z takich wyjazdów zainspirował mnie do późniejszej wyprawy malowniczym Szlakiem Orlich Gniazd. To była samotna 3-dniowa wyprawa szlakiem wiodącym z Częstochowy do Krakowa, a następnie powrót do Lublina, cała trasa liczyła około 520 km i pokonałem ją w trzy dni.  Poza tym od wiosny do późnej jesieni, o ile sprzyja pogoda, dojeżdżam do pracy na rowerze. To ponad 25 km w jedną stronę. Często powrót mi się wydłuża.

Bez takich treningów nie udało by się pokonywać tras bardzo ambitnych maratonów?

Zdecydowanie! Maratony jeżdżę swoim rowerem gravelowym na kołach szosowych, dzięki czemu nadaje się idealnie do długich wielogodzinnych tras. Jego głównymi zaletami są wygoda i szybkość.

Obecnie od dwóch lat uczestniczę w ultra maratonach rowerowych. W sierpniu 2024 r. wystartowałem w zawodach Bałtyk-Bieszczady. Trasę z Wolina do Ustrzyk Górnych — ponad 1008 km — należało pokonać w 72 godz., ja mimo 35-stopniowego upału i jazdy pod wiatr, przejechałem ją w około 63 godz.

Wystartowałem w brevecie Grunwald-Troki-Grunwald 2025 organizowanym w lipcu jako impreza towarzysząca obchodom rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Malownicza trasa wiodła m.in. przez: Warmię, Mazury, Suwalszczyznę, Pojezierze Wileńskie.

Ponad 1017 km pokonałem w 52 godz. 23 min. Przez dwa dni spałem około godziny. Czas samej jazdy bez odpoczynków wynosił 38 godz. 57 min. W zawodach zająłem 16. miejsce.

Wyjątkowo wspominam ultra maraton Północ-Południe, który odbył się w dniach 6-9 września 2025 r.: 1009 km z Helu na Głodówkę w Tatrach. Była to 10. edycja tych zawodów. Jest to forma ultra maratonu bez wsparcia, czyli brak punktów kontrolnych i żywieniowych na trasie, wyżywienie, spanie, odpoczynki na trasie każdy musi zorganizować we własnym zakresie w czasie trwania wyścigu. Bardzo wymagająca trasa z podjazdami i łącznym podwyższeniem ponad 10 000 m. Pokonanie jej zajęło mi 71 godz. 40 min. Warunki pogodowe były bardzo wymagające, od deszczu przez wiatr po temperaturę 0° C na Podhalu. Start w takich zawodach wymaga jednak regularnego i zróżnicowanego treningu, jak i diety. Są to bardzo wymagające zawody, trzeba być dobrze przygotowanym zarówno fizycznie, jak i mentalnie, a także być przygotowanym na wszelkie warunki pogodowe, mieć odpowiedni sprzęt i odzież na każdą pogodę.

W tym roku chciałbym poprawić mój wynik na trasie Bałtyk-Bieszczady i tę trasę przejechać poniżej 60 godz. A czy coś jeszcze, to zobaczymy…

Skąd pomysł na studia lekarskie? Nie było innych?

Nie było. Już wybierając w liceum klasę o profilu biologiczno-chemicznym, wiedziałem, że będę zdawał na medycynę. Zresztą marzyłem o tym od szkoły podstawowej. W rodzinie nikt nie był lekarzem, nie było też jakichś nacisków ze strony rodziców. Po prostu chciałem być lekarzem. I dzisiaj także wybrałbym ten zawód, podobnie jak medycynę rodzinną. Chociaż na studiach przez pewien czas myślałem o ortopedii. Jednak praca zabiegowca to zupełnie inny rytm pracy, inne obciążenie, większe narażenie na stres. A ja chciałem mieć czas dla rodziny i na realizację swoich pasji.

Ostatecznie wybrałem medycynę rodzinną. Mam kontakt ze swoimi pacjentami przez wiele lat, znam ich i ich rodziny, zaprzyjaźniamy się, a to bardzo ważne w procesie leczenia. Daje satysfakcję.

Daje też czas na pasje, co niezwykle sobie cenię.