Dzień z pracy lekarza POZ
PIĄTEK
W tym roku zima zaskoczyła znowu wszystkich, na czele z tymi, którzy dbają o odśnieżanie dróg. Pacjenci też zaskoczeni pogodą i większość porad to teleporady albo życzenia wizyty domowej. Młodzi ludzie, bez chorób przewlekłych, z infekcją i ja mam pójść osłuchać, bo przecież chory nie przyjdzie. Odmówiłam, zapraszając do przychodni. Poczekamy i zobaczymy, jak się skończy ten temat. Generalnie roszczeniowość u pacjentów zdecydowanie rośnie, szczególnie wśród młodych.
Próbujemy zachęcać pacjentów do badań profilaktycznych, szczególnie odkąd jest program „Moje zdrowie”, ale nie jest to proste. Mam takie wrażenie, że pewna grupa osób badałaby się najlepiej co miesiąc albo i częściej, bez wskazań medycznych, a na przeciwnym krańcu są ci, których bardzo trudno do badań zachęcić, mimo wskazań i licznych chorób. Ale robimy, co możemy, dzwonimy, tłumaczymy i liczymy na to, że kropla drąży skałę.
Zaskoczona jestem liczbą osób, które chcą się zaszczepić przeciwko RSV i półpaścowi. Przy szczepieniach przeciwko pneumokokom był duży opór i myślałam, że tu będzie podobnie, ale się myliłam. Obciążenie dla budżetu NFZ też niemałe, bo jedna szczepionka to ponad 800 zł.
Ostatnio kupowałam ubezpieczenie dobrowolne na ten rok i zastanawiałam się nad ubezpieczeniem od zwrotu kosztów refundacji leków i nad tym, czy jest jakaś suma ubezpieczenia, która da nam poczucie bezpieczeństwa, ale doszłam do wniosku, że nie ma. Ceny leków i koszty refundacji są ogromne, a my dalej toczymy niepotrzebną walkę ze sobą, tzn. lekarze z lekarzami. Koledzy specjaliści innych dziedzin dalej nie widzą problemu w odsyłaniu pacjentów do POZ z karteczką, np. refundacja według ChPL — przewlekła choroba nerek, mając przecież świadomość, że ChPL opisuje konkretne parametry eGFR czy określony czas terapii innymi lekami przed włączeniem danej terapii i to powinno się znaleźć na zaświadczeniu albo lek powinien być wypisany na czas do następnej wizyty u danego specjalisty. Kończy się tak, że pacjent jest zdenerwowany, bo nie dostaje tego, co nefrolog, diabetolog lub kardiolog mu powiedział, że dostanie, a my marnujemy czas i energię na kolejną awanturę. A przecież wszyscy powinniśmy znać przepisy i zasady, na jakich pracujemy.
Marzy mi się, żeby wszyscy lekarze pracujący w ramach publicznej służby zdrowia i w prywatnych praktykach, którzy zlecają chorym leki refundowane, musieli raz na jakiś czas przejść obowiązkowe szkolenie z przepisów, które nas wszystkich obowiązują.
Może wtedy byłoby mniej nieporozumień?
Ostatnio np. rodzinie pacjenta wypisywanego z hospicjum do domu zalecono pójść do lekarza rodzinnego po skierowanie na transport, bo przecież to teraz już nasz pacjent. Czego to ludzie nie wymyślą.
Twórcy przepisów i zasad zamiast je upraszczać, najczęściej jeszcze bardziej je komplikują. Łatwo później kontrolować i karać karami umownymi czy zwrotem nienależnej refundacji z odsetkami. Ostatnio wróciła fala kar za tzw. koincydencje, czyli pacjent jest w szpitalu, dzwoni on lub rodzina do nas z prośbą o wypisanie leków lub np. pieluchomajtek, oczywiście nie informując o pobycie w szpitalu. My wypisujemy, raportujemy do NFZ, a szpital za hospitalizację nie dostaje pieniędzy, bo była koincydencja. Karany jest POZ, bo w czasie hospitalizacji pacjent ma wszystkie leki i pampersy dostać w szpitalu. Gdzie tu logika? Brak. Ale powód do ukarania jest. Gdyby zgodnie z przepisami wszyscy raportowali do EDM, to informacja o hospitalizacji byłaby w systemie widoczna, a tak: jest, jak jest. Ważne, że winny się znajdzie i zapłaci.
Wydawałoby się, że cyfryzacja doprowadzi do uproszczenia i uporządkowania danych i zasad, a ja mam wrażenie, że na dzisiaj doprowadziła do łatwiejszego karania tych, których łatwiej ukarać.
Wioletta Szafrańska-Kocuń
Wiceprezes ORL w Lublinie

