Co widzi trupa wyszklona źrenica
Kiedy francuski lekarz uznał siatkówkę oka za podobną do fotografii, która wówczas była nowością, podzielił świat naukowy na zwolenników i przeciwników optogramów. Tak nazywano obrazy, które miało zarejestrować oko w chwili śmierci.
Przeciwnicy wygrali. Na początku nowego roku cofamy się do początków okulistyki i związanej z tamtym czasem optografii. Intrygującej metody, którą zdecydowanie odrzuciły medycyna i kryminalistyka, ale przyjęły literatura i sztuka.
Między 1839 a 1869 r. doszło do trzech, ważnych dla tej opowieści, wydarzeń. Dwóch z pogranicza medycyny i optyki czy fizjologii oraz jednego rewolucjonizującego wiele dziedzin życia.
Foto i oko
Chronologicznie: na początku 1839 r. we Francuskiej Akademii Nauk zaprezentowano zebranym wynalazek Daguerre’a i Niépce’a — fotografię. Jeden z uczestników spotkania porównał nowe medium do sztucznej siatkówki udostępnionej fizykom.
Jedenaście lat później lekarze dostali nowy przyrząd umożliwiający bezbolesne oglądanie dna oka. Mowa o wynalazku Hermanna von Helmholtza, który przygotowując eksperyment demonstrujący prawo zachowania energii, skonstruował oftalmoskop. Stosowany do dziś. Oczywiście wielokrotnie udoskonalany, bo pierwsze oftalmoskopy wykorzystywały system soczewek oraz jedyne wówczas dostępne źródło światła — świecę.
W wielu tekstach poświęconych von Helmholtzowi, XIX-wiecznemu niemieckiemu lekarzowi, fizjologowi i fizykowi w jednej osobie, pojawia się teza, że moment, w którym medycy mogli przez źrenicę zbadać siatkówkę czy nerw wzrokowy, stał się początkiem nowej dziedziny medycyny — okulistyki.
Wypadkową upowszechnienia fotografii oraz oftalmoskopu było pojawienie się idei tworzenia i badania optogramów.
Źrenica trupa
Był rok 1869, kiedy francuski lekarz Edme Antonin Bourion próbował odtworzyć ostatni widok, jaki zarejestrowało oko zamordowanej kobiety. Przeprowadził eksperyment zbliżony do zasady obowiązującej w fotografii, poddając obróbce chemicznej siatkówkę oka ofiary zbrodni. Chciał w ten sposób uzyskać obraz zabójcy. Tak powstał optogram, w którym lekarz widział czyjeś ramię podniesione jak przy zadawaniu ciosu oraz psa stającego w obronie zabijanej. Jak relacjonują autorzy publikacji dotyczących optografii, wiele osób nie widziało w optogramie Bouriona niczego. Ale idea odtwarzania ostatniego widoku, jaki rejestruje oko, szybko znalazła zwolenników, którzy zaczęli eksperymentować.
Zwłaszcza że kilka lat po doświadczeniu francuskiego lekarza niemiecki fizjolog i histolog Franz Boll ogłosił swoje obserwacje.
Boll badał pigmenty siatkówki, które ulegają rozjaśnieniu pod wpływem światła, i odnotował, że zmiany te pozostają utrwalone przez pewien czas, jeśli siatkówka znajduje się w ciemności.
Niektórzy badacze, jak niemiecki fizjolog Wilhelm Kühne, który w ramach prac uniwersyteckich tworzył optogramy z oczu królików i żab, chcieli posuwać się dalej i kontynuować badania na oczach ludzkich. Zachowała się relacja z przebiegu wydarzenia i optogram, jaki otrzymał doktor Kühne, który poddał procesowi chemicznemu siatkówkę oka usuniętego z głowy Gustava E. Reifa.
Człowieka, na którym w 1880 r. wykonano karę śmierci. W efekcie eksperymentu pojawiły się wątpliwości, czy uzyskany obraz przedstawia platformę szafotu, jego stopnie czy może samo ostrze gilotyny. Zwolennicy metody podnosili, że skazanemu zasłonięto oczy przed egzekucją, a wcześniej w celi pisał przy świecy. Miało to negatywnie wpłynąć na przedśmiertny obraz zarejestrowany przez jego siatkówkę.
Prawe i lewe
W czasie gdy zagraniczni entuzjaści i przeciwnicy optografii spierali się o jej skuteczność, polscy XIX-wieczni lekarze borykali się z problemem chorób narządu wzroku (głównie była to jaglica i śluzotok oczu egipski, zwany śluzotokiem noworodków) oraz ze zjawiskiem „sympatycznego cierpienia oka”.
Doktor Witold Narkiewicz-Jodko, członek Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, w 1864 r. opublikował w Warszawie pracę poświęconą temu zagadnieniu. Autor wyjaśniał, że sympatycznym cierpieniem oka nazywa zachorowanie jednego, które musi mieć źródło zachorowania tylko w chorobie drugiego oka. Bo żadnej innej przyczyny lekarze dopatrzeć się nie mogą.
Obserwował i ujmował statystycznie, ile czasu upływa między zachorowaniem pierwszego a drugiego oka. Oceniał, że współcierpienie formy zapalnej zwykło się objawiać zaraz w przypadkach, w których pierwsze oko zachorowało po silnym zranieniu.
Doktor postulował też, by po operacjach, w wyniku których trzeba było usunąć gałkę oczną, lekarze dobierali chorym sztuczne oczy i uczyli, jak się ich używa. Jego zdaniem, jeśli pacjent ma oczodół niedostatecznie wygojony i przykryty tylko powieką, zbiera się w nim „ropa, szlam, łzy itd., które, od czasu do czasu wypływając, twarz ranią i gnoją”. Brak protezy zmusza też do ciągłego noszenia opaski, „bo inaczej chory w otaczających sprawiałby obrzydzenie”.
W publikacji skierowanej do środowiska medycznego zamieścił wskazówki dla lekarzy zainteresowanych zamawianiem protez, by obstalowali u złotników półkule różnej wielkości z ołowianej blachy i docinali je, dobierając do oczodołu pacjenta. Taką formę z zaznaczeniem punktu tęczówki i jej koloru dostarczali do magazynu lub producenta celem dokładnego dobrania sztucznego oka.
Lekarskie oko
Współcześni okuliści dysponujący nowoczesnymi metodami diagnostycznymi pewnie nie uwierzą, że ich poprzednicy 130 lat temu zastanawiali się, czy w oku osoby zdrowej są jakieś drobnoustroje. Ciekawe, czy nasi Czytelnicy wzięliby udział w badaniu, które miało to wyjaśnić. Dzięki zachowanemu artykułowi naukowemu wiemy, jak wyglądało.
Drucik platynowy, zagięty na końcu w uszko, starannie wyjałowiony w płomieniu palnika gazowego, przeprowadzano trzy razy po spojówce załamka dolnej powieki (od wewnątrz do zewnątrz) badanego oka. Ujęta odrobina cieczy łzowo-śluzowej była zaszczepiana na pochyłą powierzchnię agaru w probówce i zaczynała się hodowla.
Badania w Zakładzie Higienicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego prowadził doktor S. Lachowski. Materiał pobierał od młodych lekarzy, studentów i wyjątkowo od „służby zakładowej” w pracowni profesora Odo Bujwida, pierwszego polskiego bakteriologa i jednego z pierwszych polskich naukowców zajmujących się wytwórczością szczepionek leczniczych.
Jakie były wyniki eksperymentu z 1894 r.? W 69 proc. przebadanych worków spojówkowych doktor Lachowski „nie znalazł znanych sobie drobnoustrojów”. U pozostałych osób zauważył ziarniki (i to w jednym oku) albo prątki (też w jednym). Kolejnym spostrzeżeniem było „samoistne znikanie bakterii z worka spojówkowego”, gdyż autor badań wprowadzał sobie do oka czyste hodowle i powtarzał pobrania platynowym drucikiem. Jak podkreślał, swoją pracę uznawał za pionierską i istotną z uwagi na to, że wcześniej lekarze zajmowali się wyłącznie drobnoustrojami w oczach chorobowo zmienionych.
A takich przypadków musiało być w tamtych czasach sporo, jeśli jedną z opisywanych fatalnych praktyk ratowania zaprószonego oka było… wylizywanie odwiniętej powieki językiem. Lekarze walczący z takimi zwyczajami i promujący higienę bywali bezradni.
Problem „sympatycznego cierpienia oka”, ale już bez tego określenia, był przez okulistów opisywany jeszcze na początku XX w.
W popularnonaukowych publikacjach medycy zwracali uwagę na ochronę drugiego, zdrowego oka, wysoce zagrożonego chorobą i całkowitą utratą wzroku przy infekcjach czy urazach jednego.
Okno w zaświaty
Ponad 40 lat trzeba było, by społeczność naukowa doszła do wniosku, że w rzeczywistości siatkówka nie pełni funkcji kliszy fotograficznej, a analogia między okiem a aparatem fotograficznym jest wątpliwa. Ale zainteresowanie optografią nie osłabło.
Jeszcze w 1975 r. na uniwersytecie w Niemczech powtórzono eksperymenty, które 100 lat wcześniej przeprowadzał tam na królikach Kühne. Ponownie utrwalone obrazy na siatkówkach zwierząt nie dały czytelnego obrazu.
Jednak wizja zachowania w oku przedśmiertnego obrazu była tak niezwykła, że motyw ten zaczął się pojawiać w literaturze.
W 1907 r. Juliusz Verne opublikował historię braci Kip, którzy zostali wrobieni w zabójstwo, a od kary śmierci uratowało ich powiększenie fotografii ofiary. Na siatkówce oka nieżyjącego mężczyzny widać faktycznych morderców.
To tylko jeden z przykładów wykorzystania idei optografii. Specjaliści dysponują całą listą dzieł literackich i filmowych, w których twórcy używają absolutnie nieprawdziwej XIX-wiecznej metody do swoich narracyjnych potrzeb.
Brytyjski artysta wizualny Derek Ogbourne optogramowi poświęcił znaczną część swojej twórczości. Przez kilkadziesiąt lat zbierał dokumentację i stworzył Muzeum Optografii. Jego internetową wersję łatwo odnaleźć w sieci. Czego tam nie ma. Jest nawet list wdowy pod straconym na szafocie Gustavie E. Reifie, którego oczy posłużyły do eksperymentu. Wyjaśnia się przy okazji powód kary śmierci — mężczyzna był oskarżony o utopienie w Renie swoich dwóch nieletnich synów.
W Muzeum Optografii są zgromadzone autentyczne historie kryminalne, których rozwiązanie miało przynieść wykonanie optogramu. Od próby zdemaskowania londyńskiego Kuby Rozpruwacza po morderstwo młodej kobiety w USA, gdzie wypreparowany obraz siatkówki jej oka miał wskazywać jej byłego chłopaka.
Mężczyzna był sądzony dwa razy, nie udowodniono mu zabójstwa.
Ale chyba najbardziej niewiarygodne są informacje już z lat 90. ubiegłego stulecia z Francji, gdzie znajdowano ofiary zabójstw pozbawione oczu. Mordercy zabezpieczali się na wszelki wypadek przed rozpoznaniem.
O Błędnych drogach medycyny sądowej czyli optografii pisał Tomasz Konopka z Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Collegicum Medium UJ. We współczesnych dokumentach w Archiwum Medycyny Sądowej czytał wniosek rodziny zmarłego wnioskującej do prokuratora o odtworzenie wizerunku sprawcy przez zbadanie oka ofiary.
Janka Kowalska
Korzystałam z: Marc Lenot, Optogram i abstrakcja siatkówki. Tytuł tekstu to cytat z Króla-Ducha Juliusza Słowackiego Badanie oka: Aleksander Maciesza, Jak się ustrzec ślepoty i chorób oczu z 1910 r., ilustracja: Polona/domena publiczna
